niedziela, 19 lipca 2015

Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach, Jules...

Powiem szczerze, że długo myślałam, co mogłabym napisać. W takiej sytuacji żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co czuję. Wiem, że niektórzy mogą mi wytykać, że nigdy go nie spotkałam, nigdy z nim nie rozmawiałam, więc co ja mogę wiedzieć. Wiem jednak, że był bardzo sympatycznym i uśmiechniętym człowiekiem, fani, którzy go spotkali, zawsze opisują go pozytywnie. Kiedy obudziłam się rano i zobaczyłam wszystkie te informacje na temat Julesa głęboko wierzyłam, że to nie jest prawda, że on jest z nami i ciągle walczy. Do tej pory nie dociera do mnie całkowicie ten fakt, że to już koniec. Nie mogę pozbyć się z głowy głosu, który ciągle mi mówi, że Jules nie żyje. Po prostu nie chcę wierzyć, że to może być prawda. Przecież miał tyle przed sobą. Może to najbardziej boli.
Jest to ogromna strata, nie tylko dla motorsportu. Przez takie sytuacje jak te, zastanawiam się dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe, dlaczego śmierć wybiera akurat tych ludzi, którzy żyją z wielką pasją, którzy chcą w życiu wiele osiągnąć, którzy są w stanie coś zmienić, którzy pomimo tego wielkiego świata pozostają sobą. Z drugiej strony uświadamia mi to, że powinniśmy robić w życiu to, co kochamy - tak jak robił to Jules. Czerpać z życia jak najwięcej, nie odkładać niczego na później, bo może nam nie starczyć na to czasu, bo Ktoś tam na górze ma dla nas inny plan. Dążmy do wyznaczonego przez nas celu, nawet mimo porażek, bo to nadaje sens naszemu życiu, to sprawia, że jest ono także wyzwaniem, a cel osiągnięty później smakuje lepiej. I marzmy, przede wszystkim marzmy i spełniajmy te marzenia. Nawet jeśli ktoś mówi Ci, że nie dasz rady, że to niemożliwe, że nigdy Ci się nie uda, nie wierz mu, wszystko jest możliwe jeśli tylko tego naprawdę chcesz. Determinacja, wiara i siła - to jest to czego potrzebujesz i to jest to, co Jules na pewno miał. Jules marzył i spełniał te marzenia. Tego jednego z wielu, o zostaniu mistrzem świata już nie spełni, tu na ziemi...
Pisząc to mam łzy w oczach i walczę z tym by znowu się nie rozpłakać. Trochę to dziwne, by tak przeżywać śmierć człowieka, którego się nawet nie widziało. Ale każde ludzkie istnienie ma znaczenie.
Pamiętajcie: marzcie i spełniajcie te marzenia, by kiedy przyjdzie Was czas, powiedzieć, że jesteście szczęśliwi i niczego nie żałujecie.
"If I don't become a world champion, I'd be happy even I died trying" - Jules Bianchi
Spoczywaj w pokoju, Jules.
Jesteś pięknym Aniołem w tym niebie. Kiedyś się tam spotkamy.
"Jules is not dead, he's just a lap ahead."

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział XIII: Dlaczego wcześniej nie posłuchałem Alonso?

- Widzisz, dotarliśmy. – powiedział zbyt głośno i trochę bełkotliwie Massa. Ja rozumiem, że oni może nie mają dobrej głowy do picia, ale ile on mógł wypić w tym pubie? Na pierwszy rzut oka wydawał się dość ogarnięty. Później niestety, wszystko wyszło na jaw. Chciałam się go jak najszybciej pozbyć, żeby nie słuchać tych wszystkich głupot jakie wygadywał. A poza tym, o czym on myślał? Przecież jutro ma wyścig… Już pomijam fakt, że błądziliśmy przez dobre 4 godziny, mijając średnio co pół godziny jeden i ten sam budynek. Massa jednak uparcie twierdził, że to ja mam coś z oczami. Nie miałam siły wyprowadzać go z błędu.
Weszliśmy do środka, rozejrzałam się. Na szczęście nikogo nie było, nawet recepcjonistki. Chwyciłam Massę za rękę i szybkim krokiem doprowadziłam do schodów.  Byłam już w połowie kiedy odwróciłam się by skontrolować czy Felipe też zaczął wspinaczkę wchodzić. Niestety, z lekkim już podenerwowaniem, zobaczyłam, że stoi tam gdzie go zostawiłam ze głową spuszczoną w dół. Śpi? Tylko tego brakowało. Nie zostawię go tutaj przecież do rana, już widzę te nagłówki gazet i zdjęcia. Mimowolnie się zaśmiałam.
- Massa, żyjesz? – zapytałam.
Nie odpowiedział. Chłopie, już jest noc, ja chcę spać i funkcjonować jutro normalnie. Nie mam zamiaru czołgać cię po schodach. Zeszłam do niego i potrząsnęłam nim lekko.
- Co? – spojrzał na mnie półprzytomnym wzrokiem.
Nie chciałam mu już niegrzecznie odpowiadać. I tak by nie załapał.
- Chodź. – pociągnęłam go i wprowadziłam na pierwszy schodek. – Trzymaj się barierki i wchodź.
Nawet mnie posłuchał. Chociaż szło mu to bardzo powoli. Lepsze to niż nic, jak to się mówi.
Kiedy dotarliśmy na górę, ku mojej wielkiej radości, Massa sam z siebie ruszył do swojego pokoju. Ja powędrowałam do swojego. Marzyłam tylko o tym, żeby położyć się do łóżka i zasnąć.  Otworzyłam drzwi, rzuciłam torbę na najbliższy fotel i ruszyłam prosto do łazienki. Nie zdążyłam pomyśleć o cieplej kąpieli kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Boże, kogo niesie o tej porze? Z ledwością dopełzłam, aby otworzyć.
- Nie umiem wejść do środka. – oświadczył Felipe i wpakował się do mojego pokoju.
- Jak to nie umiesz? – naprawdę, nic nie rozumiałam.
Massa tylko wzruszył ramionami i ruszył w stronę łóżka. MOJEGO łóżka. Stanął przed nim jakby się nad czymś zastanawiał, a chwilę potem po prostu na nie padł. Podeszłam do niego.
- Ej, spadaj, nie mam zamiaru spać na podłodze!
- Kto ci każe? – jego głos był stłumiony, bo mówił do poduszki.
- No rzeczywiście, nikt. – powiedziałam ironicznie.  Wiedziałam, że i tak nic nie wskóram, więc poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, zastanawiając się co Massa miał na myśli, że nie umiał wejść do pokoju. Pomyślałam, że zapytam go o to (ponownie) kiedy wyjdę. Umyłam zęby i przebrałam się w pidżamę. Miałam nadzieję, że Massa jeszcze nie usnął, lecz wraz z jego głośnym chrapnięciem owe nadzieje zostały rozwiane. Opuszczając łazienkę nie starałam się robić tego cicho, wręcz przeciwnie, liczyłam na to, że przez hałasy Brazylijczyk się obudzi. Nic z tego, a w zamian tylko huknęłam kostką o drzwi, które próbowałam zamknąć nogą.
Felipe leżał tak jak padł po przyjściu do mnie. Widziałam jak regularnie i spokojnie oddychał. Nawet zrobiło mi się go szkoda, wiedząc jak jutro będzie się czuł. Na szczęście zajmował małą część mojego łóżka, jedna noga zwisała mu na podłogę. Zdjęłam mu buty i położyłam się spać, plecami odwrócona do niego.
***
Kiedy się obudziłam było sporo po dziewiątej. Usłyszałam szum wody dochodzący z łazienki. Przez chwilę zastanawiałam się jak to możliwe, lecz chwilę potem przypomniałam sobie, że miałam przybłędę w pokoju. Wstałam i pościelałam łóżko. Na szafce obok leżał zegarek i inne rzeczy Massy, zapewne wyjęte z kieszeni, telefon, pieniądze i karta do pokoju, do którego nie umiał wejść. Nagle komórka zaczęła dzwonić. Podskoczyłam. Dlaczego coś musi mnie od rana straszyć ? Podeszłam do drzwi łazienki i zapukałam.
- Massa, telefon ci dzwoni. – krzyknęłam tak, aby usłyszał mnie mimo szumu. Felipe jednak nie dosłyszał i zakręcił wodę.
- Co mówiłaś? – zapytał trochę głośniej.
 - Ktoś do ciebie dzwoni.
- Dobra, niech dzwoni.  – powiedział i ponownie puścił wodę.
Wywnioskowałam z tego, że jeszcze trochę czasu zajmie mu doprowadzenie się do porządku, więc postanowiłam się ubrać. Zapowiadał się, a jakżeby inaczej, słoneczny dzień, dlatego ubrałam krótkie spodenki i t-shirt, który wpuściłam w spodnie. Spojrzałam na zegarek, była dziesiąta, a Massa nadal beztrosko chlupał się w łazience. Nie chciałam go poganiać, ale też musiałam skorzystać z łazienki. Poza tym planowałam być wcześniej na torze. Dopchać się w późniejszych godzinach na tor było koszmarem.
- Mógłbyś się pośpieszyć? – zapytałam i w tym samym momencie usłyszałam jak wychodzi z kabiny prysznicowej. Hm, trudno było tego nie słyszeć, najwyraźniej się potknął. Jedno wiem na pewno – wyhamował przed drzwiami opierając się o nie ręką.
- Wszystko w porządku?
Coś czuję, że ten wyścig może się dzisiaj różnie potoczyć.
- Tak, tak. – krzyczał Felipe. – Jasne, nic mi nie jest.
- Miejmy nadzieję. – mruknęłam pod nosem.
- Już wychodzę, moment.
Nie zdążył dokończyć zdania, a usłyszałam pukanie do drzwi. Poszłam otworzyć. W drzwiach stał uśmiechnięty od ucha do ucha Mark. Zapewne nie mógł się doczekać wyścigu. Ubrany był w jeansowe krótkie spodenki i koszulkę Red Bulla.
- Hej, pomyślałem, że może potrzebujesz podwózki na tor i moglibyś… - nie dokończył zdania. Widziałam, że patrzy się na coś ponad moją głową. Odwróciłam się i zobaczyłam Massę stojącego tuż przy drzwiach od łazienki. Miał mokre włosy po porannym prysznicu, a na sobie tylko ręcznik. Niepewnie podniósł rękę do góry i uśmiechnął się w geście powitania. Widziałam zdezorientowanie na jego twarzy, nie wiedział co ma zrobić.
- Widzę, że chyba nie potrzebujesz mojej pomocy. – uśmiech zniknął z jego twarzy. – Przepraszam, że przeszkodziłem.
- To może ja pójdę się ubrać. – wtrącił Massa, zebrał ubrania z fotela i ponownie poszedł do łazienki.
Nawet nie zwróciłam na niego uwagi.
- Mark, przestań. O czym ty mówisz?
Nie odpowiedział, spojrzał tylko na mnie kiwając głową. Odwrócił się i skierował się w stronę schodów.
- Chyba nie myślisz, że ja i Felipe… – wiedziałam, że nie ma sensu krzyczeć przez cały korytarz. Mark udał, że mnie nie słyszy. Widziałam tylko jak zbiegał po schodach. W tym momencie Massa wyłonił się z łazienki. Tym razem ubrany. Zamknęłam drzwi i spojrzałam na niego. Ten tylko podrapał się po głowie i z zażenowaną miną powiedział:
- Głupio wyszło, co?
- Nawet bardzo.
- Spokojnie, wszystko mu wyjaśnię jak tylko go zobaczę.
- Nie wiem czy mogę być tak spokojna. Ty w ogóle pamiętasz coś z wczoraj? – wzięłam torbę i zaczęłam pakować w nią potrzebne rzeczy oraz sprzęt. Chciałam być już na torze i chociaż na chwilę zapomnieć o tym, co przed chwilą miało miejsce.
- Jasne! – powiedział uradowany. – Nie wiem tylko jak znalazłem się u ciebie. – westchnęłam.
- Nie umiałeś wejść do pokoju.
- Co? – zapytał zaskoczony i usiadł w fotelu.
- Przynajmniej tak mi powiedziałeś. Nie myśl, że ja ci to wytłumaczę. Kiedy wyszłam z łazienki z zamiarem spytania się ciebie o to, ty już smacznie spałeś. – spojrzałam na niego i również usiadłam na fotelu. Spakowaną torbę odłożyłam na bok. – I chrapałeś. – dodałam.
- Przepraszam, czasem nawet mnie się zdarza. – uśmiechnął się. – Ja też ci teraz tego nie wytłumaczę, mam krótką pamięć.
- Ta, krótką pamięć… to chyba coś innego. – wstałam i popukałam go w czoło.
- Ała, nie musisz tak mocno. – odsunął się szybko i skrzywił.
- Widzę, że główka boli, ładnie zabalowałeś. Ile wypiłeś? – zapytałam z ciekawości.
- Nieważne. – powiedział i również wstał. – Chodźmy już, im wcześniej będziemy tym lepiej.
- Tylko wejdę do łazienki, którą okupowałeś z rana.
Szybko umyłam twarz i zęby. Nałożyłam lekki makijaż i byłam już gotowa.
- No nareszcie. – oznajmił przeciągle Massa. – Ile można czekać?
Zgromiłam go wzrokiem, a on się zaśmiał. Chociaż jemu humor dopisywał. Wyszliśmy z pokoju. Po drodze wstąpiliśmy do bufetu po kawę.
- Nie potrzebujesz nic ze swojego pokoju? – byłam zdziwiona, że nawet do niego nie zajrzał.
- Wolałbym tam teraz nie wchodzić.
- Musiałbyś się tłumaczyć, co?
- Właśnie. Wolę zrobić to później. Takie rzeczy lepiej załatwić po wyścigu. A poza tym, wszystkie potrzebne rzeczy mam tu. – wskazał na swoją kieszeń.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy. Zastanawiałam się co powinnam powiedzieć Markowi. Wszystkie teksty na zaczęcie rozmowy wydawały się takie oklepane. Chciałam to z nim jak najszybciej wyjaśnić. Nie miałam pojęcia czy mi uwierzy, cała ta sytuacja będzie brzmieć jak wymyślona historyjka. Ale co innego mam zrobić, przecież to prawda. Miałam nadzieję, że uda mi się go złapać jeszcze przed startem. Nie chciałam, by miał mnie za… no właśnie, za kogo? Najpierw ta cała sytuacja z Mikołajem, z której pomógł mi się wyplątać, udawał mojego partnera, ale kiedy wszystko już się skończyło, on nadal ze mną był. Nie udawał. A może dla niego to była tylko odskocznia? Nie chciałam tak myśleć. W końcu dotarliśmy na tor. Szliśmy wzdłuż boksów, aż dotarliśmy do Ferrari, gdzie Massa miał się przebrać. Odwrócił się do mnie i przytulił.
- Przepraszam. – powiedział mi do ucha. – i dziękuję.
- Powodzenia. – uśmiechnęłam się kiedy mnie puścił.
- Wszystkie będzie dobrze, zobaczysz. – cały ten czas był poważny, pogładził mnie po ramieniu i uśmiechnął się nieznacznie. Ruszył w głąb boksu.
- Dzięki. – na znak tego, że usłyszał, podniósł kciuk w górę. Chwilę później już go nie widziałam.
Ja też ruszyłam przed siebie. Idąc tuż obok boksów, przeszłam obok Red Bulla. Spojrzałam na stojący tam jeszcze bolid Marka i poszukałam go wzrokiem. Myślałam, że go nie ma gdy chwilę potem zauważyłam go kilka metrów przede mną. Spojrzał na mnie i wszedł do boksu. Przebrany był już w strój wyścigowy. Podszedł do swoich mechaników, którzy powoli wyprowadzali jego bolid i zapytał czy im w czymś pomóc. Wszyscy zgodnie kiwnęli przecząco głowami.
- Idź już na start, my się wszystkim zajmiemy.
Webber wziął kask i pojemnik z napojem, omijał mnie wzrokiem. Ruszył na start.
- Mark, poczekaj. – zawołałam, lecz Australijczyk nic sobie z tego nie robił. – Hej, Mark! – paru z mechaników podniosło głowy.
- Ej, Web, jakaś młoda dama cię woła, może byś się zatrzymał? – krzyknął jeden z nich. Mark posłuchał i odwrócił się na pięcie z udawanym znudzeniem.
- Co? – zapytał unosząc brwi.
- Dobrze wiesz co. – powiedziałam podchodząc do niego szybszym krokiem.
- Nawet jeśli, to chyba nie mamy o czym rozmawiać. – kiedy podeszłam do niego, ruszył wolno.
- Mamy o czym rozmawiać. – oznajmiłam rozdrażniona i szłam obok niego.
- Widziałem prawie gołego Massę u ciebie w pokoju, to chyba wystarczy. – starał się mówić obojętnym tonem.
- Nawet nie dałeś mi nic wytłumaczyć, bo po prostu sobie poszedłeś.
- Blanka, do cholery, co tu jest do tłumaczenia? – podniósł głos i się zatrzymał. – Nie obchodzi mnie jaką historyjkę sobie wymyśliliście, ty albo Massa. Ja rozumiem, zależało ci tylko na przespaniu się z  jakimś kierowcą, tak? Szukałaś sensacji do gazety? Podobno jesteś tylko fotografką, tak mi mówiłaś. A prawda jest zupełnie inna. Poza tym, o czym ty myślałaś, Massa ma żonę, dziecko, a ty co? – mocno gestykulował rękoma. – Jak widać nie masz żadnych skrupułów, a mnie tylko wykorzystałaś żeby  uwolnić się od jakiegoś gnojka. Tylko tego ode mnie chciałaś, więc czego jeszcze ode mnie oczekujesz? – z powrotem ruszył przed siebie. Tym razem szybkim krokiem. Ledwo za nim nadążałam.
- Naprawdę tak myślisz? Naprawdę sądzisz, że o to mi tylko chodziło? – powiedziałam już zdenerwowana. Jego słowa z jednej strony mnie bolały, a z drugiej wzbudzały we mnie złość.
- Tak. – oznajmił. – tak właśnie myślę. Dlaczego wcześniej nie posłuchałem Alonso? – ostatnie słowa powiedział ciszej, do siebie.
- W takim razie nie mamy sobie czego wyjaśniać. Wiesz co, myślałam, że jesteś inny, a ty po prostu zachowujesz się jak skończony dupek. Wolisz wierzyć w coś co powiedział Ci ten twój kolega Alonso, w to co zobaczyłeś u mnie w pokoju, a coś co nic nie znaczy. I nawet nie pozwolisz sobie niczego wytłumaczyć. Skoro tak, proszę bardzo, myśl sobie co chcesz, mnie już to nie interesuje. – krzyknęłam i pobiegłam przed siebie.
Dotarłam do jakiegoś miejsca pod drzewem obok toru, starając się myśleć tylko o pracy, stwierdziłam, że będę mieć parę fajnych ujęć. Byłam spocona i było mi naprawdę gorąco. Napiłam się wody. Cały czas jednak siedziało mi w głowie to co powiedział Mark. Siadłam na trawie. Do rozpoczęcia wyścigu było jeszcze kilkanaście minut. Czy on naprawdę tak myślał? Mimowolnie parę łez spłynęło mi po policzku. Szybko je wytarłam. Koniec, powiedziałam do siebie, nie myśl o tym. Wpadłam z deszczu pod rynnę. Mogłam nic nie zaczynać z Markiem, wtedy nie miałabym żadnego problemu. Usłyszałam dźwięk SMSu w mojej torbie. Wyjęłam telefon i zobaczyłam, że to Massa.
Przed moją żoną chyba nie da się uciec. Wszystko jej wytłumaczyłem i już nie jest zła, trudno nie uwierzyć w to co się stało, skoro zionie ode mnie alkoholem. Przynajmniej tak mi powiedziała. Mam nadzieję, że wszystko wyparuje w trakcie wyścigu, hahah. :P Trzymam kciuki za Ciebie i Marka.
Czytając to uśmiechnęłam się nieznacznie. Chociaż jemu się udało. Odpisałam:
Cieszę się. A kciuków już nie ma za co trzymać.
Nie liczyłam na odpowiedź. Wiedziałam, że Massa pisał wiadomość na szybko przed wyjściem. Schowałam telefon i zajęłam się pracą. Kierowcy rozpoczęli już okrążenie, by rozgrzać opony. Za chwilę rozpocznie się wyścig.
***
To było naprawdę interesujące! W tym sezonie jeszcze nie było tak emocjonującego wyścigu. Jestem bardzo ciekawa czy któryś z nadchodzących wyścigów będzie w stanie go pobić. Czekałam już przy barierkach dla fotoreporterów na kierowców, którzy będą świętować. Pierwszy nadjechał Vettel, który zajął pierwsze miejsce. Stanął na bolidzie i uniósł ręce w górę pokazując swó,j charakterystyczny już, palec wskazujący. Pstryknęłam mu parę zdjęć. Zaraz za nim przyjechał Massa swoim czerwonym Ferrari, zajął trzecie miejsce i był z tego powodu bardzo szczęśliwy. Od razu skierował się do swojej żony i synka czekających na niego wraz z ekipą. Jemu także zrobiłam zdjęcia. Ściskany przez wszystkich nie mógł się uwolnić. Wszyscy starali się mu pogratulować, nawet tylko przez klepnięcie w plecy lub w kask. Widziałam jak na swoje drugie miejsce wjeżdża drugi bolid Red Bulla – Mark Webber. Zajęło mu dużo czasu zanim rozpiął pasy i wygrzebał się z bolidu. Massa nadal ciesząc się jak szalony zauważył mnie i podbiegł. Przytulił mnie tak mocno, że myślałam, że mnie udusi. Poklepałam go po plecach. Naprawdę byłam z niego dumna. Przez chwilę oślepił mnie blask fleszy, kiedy Massa zbliżył się do barierki, gdzie stałam wraz z innymi fotografami i dziennikarzami. Każdy chciał mieć przecież dobre ujęcie! Felipe powiedział coś do mnie, ale nie zrozumiałam go, ponieważ głos był stłumiony przez kask. Poszedł się zważyć, a w tym czasie podszedł do niego Vettel, mężczyźni pogratulowali sobie. Widziałam jak Mark podchodzi do ekipy.  Nie cieszył się tak jak Massa czy Vettel. Kiedy od nich odchodził spojrzał jeszcze na mnie i spuścił wzrok. Odwrócił się i ruszył do budynku, by jak najszybciej zniknąć.
__________________________
jeśli ktoś tu jeszcze w ogóle zagląda.
przepraszam.



wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział XII: Pamiętasz co mi obiecałeś, prawda?



Przebywałam w boksie Ferrari kiedy zakończyły się kwalifikacje. Ze swojego bolidu wysiadł właśnie Fernando Alonso, niezadowolony z czasu jaki osiągnął. Trochę pojękując zdjął swój kask, a jego wzrok spoczął na mnie. Uśmiechnęłam się promiennie i jako że stałam blisko niego, poklepałam go po policzku i powiedziałam:
- Jak się jeździło?
Przysięgam, gdyby wzrok mógł zabijać…
Alonso odburknął coś pod nosem, zrobił parę kroków w stronę szatni i zaczął się rozpinać.
- Następnym razem uważaj jak będziesz zaglądał do mojego pokoju. – zawołałam na odchodne i ruszyłam w stronę boksu Red Bulla.
Widziałam już uśmiechniętego Marka pijącego napój i zawzięcie rozmawiającego ze swoim inżynierem wyścigowym. Zauważył mnie i pomachał. Nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła. Odwróciłam się i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam przed sobą Igora.
- No cześć. – powiedział i szeroko się uśmiechnął.
- Heeeej. – wydukałam z siebie. – Co ty tu robisz? – zapytałam kiedy dawał mi całusa w policzek.
- Przyjechałem na wyścig? – zaśmiał się. – A przy okazji zobaczyć się z tobą i przekazać ci parę nowych informacji.
- Wystarczyło zadzwonić.
- To fakt, ale wyścig przed telewizorem to nie to samo.
Nagle kątem oka zauważyłam Webbera (przebranego już w normalne ubrania! Jak on to robił, że ubrał się może w dwie minuty?!) zbliżającego się do nas. Nie wyglądał na zadowolonego. Ach, no tak. Przecież Igor wygląda jak Mikołaj… Odwróciłam się do niego zanim zdążył do nas podejść i uśmiechnęłam się na znak, że wszystko gra. Chyba zrozumiał i stanął obok mnie. Mogłam wyczuć, że jest trochę spięty. Zanim zrobiłam ruch, aby przedstawić sobie obu panów, Igor mnie uprzedził.
- Igor Wiśniewski. – powiedział i wyciągnął rękę.
- Mark Webber. – uścisnął wyciągniętą dłoń. – Miło mi poznać. – powiedział bez przekonania.
Zapadła niezręczna cisza. Wybawcą okazał się Igor.
- Może pójdziemy na kawę? – zerknął na mnie i na Marka. – Nawet we trójkę. – zaśmiał się i puścił do mnie oczko. Uśmiechnęłam się.
- Jasne, chociaż myślę, że Mark i tak za wiele nie wyniósłby z tego spotkania przez to, że rozmawiamy po polsku. – kierowca zrobił zdezorientowaną minę, gdy usłyszał swoje imię. – Mówiłam. – pokazałam na Webbera i zaśmiałam się.
- Właśnie widzę. W takim razie może spotkajmy się sami, tylko powiedz kiedy. – włożył ręce do kieszeni.
- Poczekaj chwilkę. – powiedziałam i odciągnęłam Marka za rękę na bok.
- O co chodzi? – zapytał robiąc przy tym głupią minę.
- Chciałabym z Igorem iść na kawę. Musimy o czymś pogadać. Spotkamy się później, dobrze? – powiedziałam już po angielsku.
- Nie ma sprawy. – odpowiedział. – Ale…– zaczął.
- Ale co?
- Jesteś pewna?
- Czego? – tym razem ja zrobiłam głupią minę.
- Nooo – przeciągnął. – Tego, że ten facet to Igor, a nie Mikołaj.
- Tak, jestem pewna. – przewróciłam oczami.
- No dobrze. – westchnął. – Trzymam za słowo.
- To pa. – powiedziałam prędko i cmoknęłam go w policzek.
- Zaraz, zaraz. – przytrzymał mnie za rękę i pocałował w usta. Daję słowo, że oddałabym wszystko za to by móc zostać z nim jeszcze chwilę dłużej. Oderwał się ode mnie i powiedział:
- Teraz możesz iść.
- Dziękuję za pozwolenie. – zaśmiałam się i zrobiłam dwa kroki, aby odejść, po czym odwróciłam się by skraść od Marka jeszcze jednego buziaka. Australijczyk uśmiechnął się słodko i pomachał odchodząc. Igor przyglądał się całej tej scenie z lekkim zawstydzeniem. 
- Możemy iść.
- Znam jedno fajne miejsce – ożywił się – można siąść i spokojnie porozmawiać. Wiem, ludzie mówią tak w filmach, ale to miejsce jest naprawdę świetne.
 Ruszyliśmy w drogę. Muszę przyznać, że był to spory kawałek do przejścia na pieszo. Jednak był to bardzo miły i orzeźwiający spacer. Igor prowadził mnie jakimiś „skrótami”, choć mi na nie nie wyglądały biorąc pod uwagę ilość uliczek, w które weszliśmy. Gdybym miała wracać sama na pewno bym zabłądziła. Skąd on wynalazł takie miejsce? Nagle przed oczami stanął mi obraz niedawnego wydarzenia, z którego nie wyszłabym cało gdyby nie Felipe. A co jeśli Igor jest taki sam, przemknęło mi przez głowę. Praktycznie go nie znam. Równie dobrze mógłby mordować siekierą. Może to on potrzebuje tych pieniędzy i chce mnie wykorzystać. Bierze mnie jako naiwniaczkę, którą może oskubać z kasy. Odpędziłam od siebie te myśli.
- Wszystko w porządku? Jesteś blada. – stwierdził nagle. Przestraszyłam się nagle i zrobiło mi się trochę wstyd, że mogłam coś takiego o nim pomyśleć. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Tak, po prostu chyba słońce mi przygrzało i zrobiło mi się słabo. – uśmiechnęłam się niepewnie. – Daleko jeszcze? – zabrzmiało to niczym tekst z filmu ‘Shrek’. Jemu chyba też się przypomniała owa scena, bo zaśmiał się pod nosem.
- Nie. Już jesteśmy na miejscu.
Weszliśmy do małego, ale przytulnego baru. Już na samym początku można było poczuć przyjazną atmosferę. Personel z uśmiechem witał nowo przybyłych gości. Naprzeciwko wejścia znajdowała się lada przy której można było usiąść i napić się czego tylko się pragnęło. Na ścianach wisiały tablice z czekającymi na klientów okazjami. Spodobało mi się to miejsce. Miało swój klimat.
- O, popatrz kogo tu mamy. – powiedział Igor i pociągnął mnie za sobą. Nie zdążyłam się przyjrzeć, a już staliśmy obok stolika.
Stolika, przy którym siedział Fernando Alonso.
- No nie… – powiedziałam pod nosem. Igor jakby nie zauważając mojego oporu przysiadł się do Hiszpana i serdecznie przywitał. Fajnie wiedzieć, że się znają. I to chyba bardzo dobrze. Usiadłam niepewnie obok Igora.
- Poznajcie się. – powiedział.
- My się już znamy. – odparliśmy niemal równocześnie. Igor zaśmiał się i kiwnął głową w kierunku Alonso.
- Nieprzyjemna sprawa. – rzucił, a mina Hiszpana wyrażała zdezorientowanie. – Nos. – popukał się w swój. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się szeroko, starałam się nie zaśmiać.
- Wypadek przy pracy. – usłyszałam poważną odpowiedź.
- Bo przecież wyścigi są takie niebezpieczne. – powiedziałam z ironią i zachichotałam. Fernando po raz drugi w ciągu godziny zgromił mnie wzrokiem. Wzruszyłam ramionami.
W głowie zaczynałam przypominać sobie drogę, która tutaj dotarliśmy aby wrócić nie tyle do hotelu, co przynajmniej na tor. Nic z tego. Igor nieświadomie z baru zrobił pułapkę. Następnym razem, gdziekolwiek z nim pójdę, wezmę kartkę i długopis, i wszystko będę sobie rysować. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś mapy z czerwoną migocącą kropką i wielkim napisem „JESTEŚ TUTAJ”. Niestety bez skutku. Zresztą czego ja się spodziewałam? To nie Chiny z milionami uliczek i milionami ludzi. Chociaż z uliczkami to chyba im dorównują… Nagle kątem oka (którego nie mamy) zobaczyłam siedzącego tyłem Massę. Jak dobrze, że Brazylijczycy dość szybko zaczynają łysieć, więc łatwo było go poznać. Bo który z kierowców próbuje ukryć swoją łysinkę zapuszczając dłuższe włosy? Odpowiedź jest tylko jedna.
- Zamawiasz coś? – zapytał Igor po polsku.
- Wezmę sok pomarańczowy. – powiedziałam i wyciągnęłam telefon z kieszeni. Kliknęłam ikonkę SMS’a i wybrałam numer Felipe. Napisałam po portugalsku żeby szybciej do niego dotarło.
Ratuj.
Już po chwili zauważyłam jak wyciąga swojego iPhone’a. Igor w tej chwili poszedł zamówić dla mnie sok a dla niego kawę.
Co jest?
Odwróć się. To Ci wystarczy.
Odwrócił się, tak jak mu napisałam, i szybko nas zauważył. Spojrzałam na niego niemal błagalnym wzrokiem, a on zaczął się śmiać.
Powiem Ci, że mi pomogłeś…
Hahahah, polecam się na przyszłość :-)
Cały czas udawałam, że nie wiem, że Alonso siedzi obok mnie. Jednak gdy spojrzałam na niego, aby zobaczyć co robi od razu tego pożałowałam. Wpatrywał się we mnie swoim morderczym wzrokiem i nic nie mówił. Czułam się głupio.
- Pamiętasz co mi obiecałeś, prawda? – zagadałam z uśmiechem. Miałam tak strasznie wielką satysfakcję. Po tym jak okazało się, że nieszczęśnikiem, który dostał ode mnie drzwiami, postanowiłam mu pomóc. Oczywiście nie tak całkowicie za darmo. Dobrze, ze jakby nie było dostał w głowę z dość dużą siłą, więc nie myślał zbyt jasno w tym momencie. Krew lała się prawie strumieniami, to miałam go tak zostawić? Przy okazji skorzystałam. Hiszpan zgodził się na powyścigowy wywiad, no i na coś jeszcze...
- Tsa – odburknął. – Myślę, że gdybym zszedł na dół po pomoc, uzyskałbym ją za darmo bez żadnym obiecanek.
- Przykro mi, za profesjonalizm się płaci. - stwierdziłam. 
Nagle udałam, że sobie o czymś przypomniałam i złapałam telefon do ręki. Niby coś powciskałam i powiedziałam:
- Zupełnie zapomniałam! Muszę lecieć załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Mógłbyś przeprosić Igora ode mnie i powiedzieć mu, że porozmawiamy później? - nie oczekiwałam odpowiedzi, ale, o dziwo, dostałam ją.
- Jasne, żaden problem. - zamurowało mnie. Totalnie mnie zamurowało. Stałam przez chwilę głupio na niego patrząc. Po chwili otrząsnęłam się z lekkiego szoku i ruszyłam w kierunku drzwi, tak aby przy okazji zahaczyć o Massę. Kiedy przechodziłam obok niego, szturchnęłam go (żeby nie powiedzieć uderzyłam) w głowę.
- Rusz się. - powiedziałam cicho i nieodwracając się szłam ku wyjściu. Dopiero kiedy wyszłam spojrzałam za siebie czy Felipe mnie posłuchał. Prawie zderzyliśmy się kiedy właśnie wychodził na zewnątrz przez drzwi.
- Boże! - krzyknęłam, a Brazylijczyk w teatralnym geście złapał się za serce.
- Umieram, umieram! - mówił coraz ciszej.
- Nie wygłupiaj się. - upomniałam go i klepnęłam w ramię. - Kto jak kto, ale ty powinieneś być odporny na różne niespodzianki. 
- Jak widać nie jestem. - wzruszył ramionami. - To chyba niedobrze, co? - zapytał z udawanym przejęciem.
- Nawet bardzo niedobrze. A teraz prowadź, towarzyszu. - machnęłam zachęcająco ręką.
- Gdzie znowu? 
- Przed siebie, gdzie nogi poniosą. - tym razem to ja powiedziałam to teatralnie.
- Okey. - tylko tyle. I ruszył.
- Na tor, na tor, do hotelu, do hotelu, zaprowadź mnie, ty stary cwelu. - zaczęłam śpiewać, choć totalnie nie umiałam. Felipe spojrzał na mnie jak na głupią, lecz po chwili wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Co t o było? - powiedział śmiejąc się.
- Nie wiem?- odpowiedziałam pytająco i wzruszyłam ramionami. - Samo wyszło. - parsknęłam śmiechem. 
Resztę drogi wymyślaliśmy różne wierszyki i rymowanki przez co milej nam się szło. Po b a r d z o długim czasie zerknęłam za zegarek i stwierdziłam, że chodzimy już tak od dwóch godzin. Nawet przy bardzo wolnym spacerze nie zajęłoby nam to tyle czasu. Zaczęłam się zastanawiać, czy Massa w ogóle wie gdzie jesteśmy.
- Felipe... - zaczęłam.
- Tak? - powiedział nie dając poznać po sobie, że coś jest nie tak.
- Czy ty wiesz gdzie jesteśmy?
- Nie mam pojęcia, a co? - słysząc to stanęłam w miejscu. Jak to "nie mam pojęcia"?! Zabiję go. Przysięgam. Kiedyś go zabiję.
- Sama powiedziałaś, że mamy iść przed siebie. - oznajmił ze spokojem w głosie, próbując się wytłumaczyć.
- Chciałam do h o t e l u. 
- Wiem, też bym chciał. 
Weź głęboki wdech i wydech, powtarzałam sobie w myślach.
- A czy ty kiedykolwiek byłeś w tamtym barze? - zapytałam 
- No tak, dzisiaj. - ręce mi opadły. - Ale pamiętałem jak stamtąd wrócić. Tylko teraz mi się trochę... zapomniało.
- Czyli mamy problem. - stwierdziłam.
___________________
Przepraszam, że dopiero teraz, ale cały rozdział był prawie gotowy. Miałam napisać tylko zakończenie a tu BACH! Wszystko się usunęło... Byłam tak potwornie wkurzona, że nawet sobie tego nie wyobrażacie.
No ale nic, ważne, że po takim czasie jest. Nie najlepszy, wiem, ale jest.
Enjoy!

wtorek, 15 kwietnia 2014

;-)

Hej, hej.
Przepraszam, że tak długo nic nie dodaję, ale szkoła rujnuje wszystko. No i powiedzmy sobie szczerze, że lenistwo też, ale w znacznie mniejszym stopniu. :-) Obiecuję, że w następnych kilku dniach powinien pojawić się nowy rozdział.
A tymczasem wstawiam Wam mój (już dość stary) rysunek Hamiltona. :-)
Pozdrawiam!

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział XI: Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.



Nie zdążyłam nawet porządnie pobyć w domu a już trzeba było go opuścić. Nici z odwiedzin, które sobie zaplanowałam. Nie liczyłam na miły tydzień ze względu na dodatkową robotę, jaką zafundowała mi szefowa, a raczej dziewczyna, która jest „chwilowo, ujmijmy to, niedostępna”. Samo przeprowadzenie wywiadu raczej nie budziło we mnie aż tak negatywnych emocji jak fakt, że muszę go przeprowadzić z Alonso. Przecież on nie odpowie nawet na jedno moje pytanie. Zresztą, ja w ogóle nie mam ochoty zadawać mu pytań, a co dopiero słuchać odpowiedzi na nie.
- Skoro już wszystko omówione czas przejść do zajęć praktycznych. – odezwała się nagle Lili, a ja aż podskoczyłam do góry. Mam nadzieję, że nie zorientowała się, że wyłączyłam się na moment. W sumie to na cały jej monolog.
- Ale to już? – zapytałam, mając nadzieję, że się przesłyszałam.
- No tak, a co ty myślałaś? Że sucha wiedza zrobi z ciebie redaktora? – zaśmiała się.
Super.
- Mam dla ciebie niespodziankę. – ożywiła się. – Na pewno Ci się spodoba. – powiedziała i zniknęła w innym pomieszczeniu firmy, w której siedziałyśmy.
Nie było tu nic ciekawego. Jak w każdym z tego typu pomieszczeń – biurko i komputer.  Na drugim końcu stały dwie kanapy, stolik i mały telewizor. Trochę mało miejsca, ale wszystko umeblowane tak, że nie odczuwało się tego ile rzeczy tu umieszczono.
Lili dość długo nie wracała, więc trochę się niecierpliwiłam. Wzięłam spod stolika pierwszą lepszą gazetę i zaczęłam czytać. „Jak szybko i tanio umeblujesz swój dom” widniało u samej góry. Taak, bo to mi teraz potrzebne. Spojrzałam jeszcze raz pod stolik i spostrzegłam, że wszystkiego gazety są o podobnej tematyce. Już wiem, dlaczego to wszystko tutaj tak ładnie wygląda.
- Jestem. – wparowała do pokoju tak szybko jak z niego wyszła. Dobry humor nadal jej nie opuszczał. Widać było, że jest zadowolona z siebie. – Możesz wejść! – krzyknęła odwracając się do otwartych drzwi.  Odłożyłam gazetę na swoje miejsce i z ciekawością obserwowałam kto wyłoni się z drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam Webbera.
Wchodząc do pokoju pomachał w moim kierunku i podszedł. Wstałam, żeby się przywitać.
- Cześć. – powiedziałam, nie kryjąc swojego zdumienia i podałam mu rękę.
- Cześć – odpowiedział ściskając moją rękę i całując mnie w policzek.
- Nie spodziewałaś się, co? – wtrąciła radosna Lili. – Siadajcie.
- Przyznam szczerze, że naprawdę mnie zaskoczyłaś. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Usiedliśmy na swoim miejscu, a Mark zaraz obok mnie, Lili usadowiła się naprzeciwko nas.
- Mark wspominał mi, że się znacie, dlatego poprosiłam go o przysługę. Zgodził się od razu. Pomyślałam, że będzie prościej kiedy będzie to ktoś, z kim miałaś już styczność. – uśmiechnęła się szczerze. Nie zdążyłam nic powiedzieć kiedy dodała. – Chcecie się czegoś napić?
- Kawę z mlekiem, poproszę. – powiedział Webber.
Kiwnęła głową w moją stronę.
- Sok pomarańczowy. – uśmiechnęłam się.
- Za chwilę będę. – odezwała się wychodząc z pokoju.
Usadowiłam się wygodnie na kanapie i spojrzałam w stronę Marka, który zajęty był skrobaniem niewidocznej plamki na swoich spodenkach.
- Nie powinieneś być teraz przypadkiem na konferencji prasowej? – zapytałam, a Mark spojrzał na mnie jakbym go wyrwała z głębokiego snu.
- Przecież jestem. – odpowiedział z uśmiechem.
- Za dużo ode mnie wymagasz już na samym początku. – zaśmiałam się.
- Ktoś musi ci stawiać wyzywania. – mrugnął do mnie okiem. – Nie doceniasz samej siebie.
- Liczysz na to, że przeprowadzę z tobą wywiad , który okaże się hitem i wyląduje na pierwszej stronie wszystkich gazet o tematyce sportowej? To ma być tylko próba. – jęknęłam, a Mark uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tak, na to właśnie liczę. – oparł się o sofę i wziął poduszkę do rąk, położył ją na klatce piersiowej i uparcie ściskał.
- Mam lepszego kandydata, dla którego muszę się o to postarać. – Webber uniósł brew do góry.
- Kto może być taki ważny? – powiedział śmiertelnie poważnie, ale w jego oczach było widać iskrę rozbawienia. – Hm…. – mruknął. – Ja, ja albo… ja. – wyliczał na palcach patrząc w sufit. – To która z tych opcji ci odpowiada?
Zaśmiałam się.
- Ta czwarta.
- Ale nie było żadnej czwartej! – oburzył się.
- Niestety u mnie na liście jest i nazywa się Fernando Alonso.
W tej samej chwili do pokoju weszła Lili z dwoma szklankami. Postawiła przed nami to, o co prosiliśmy i siadła na swoim miejscu.
- Widzę, że zapoznajesz Marka z powierzonym ci zadaniem. – spojrzała na nas.
- Taaak. – rzuciłam przeciągle. – Które wcale mi się nie podoba.
- Dlaczego? – zdziwiła się Lili. – Może być ciekawie. Hiszpanii umieją zaskakiwać. – poruszyła znacząco brwiami, a Webber odchrząknął.
- Ten gorący temperament… no tak, w sumie masz rację. – udałam zamyśloną.
Po chwili obie wybuchłyśmy śmiechem. 
- Ciekawe czy w ogóle doznam zaszczytu zadania mu kilka pytań. – zastanawiałam się na głos.
- A tam. – machnęła ręką Lili. – Nie przejmuj się, dasz radę. On tylko udaje takiego groźnego. Zresztą, jak cała reszta. Udają takich pewnych siebie na torze, a poza nim to różnie bywa. – Mark zaczął wiercić się na kanapie nic nie mówiąc, ale nie czuł się komfortowo w tej sytuacji.
- Nie powinnaś tego mówić. – zaśmiałam się i szturchnęłam Webbera.
- Chętnie posłucham, co jeszcze macie do powiedzenia o kierowcach. Potem przekażę chłopakom, żeby nie zgrywali takich macho. –zaśmiał się, kręcąc głową.
- Oj, dużo by się tego znalazło. – odpowiedziałam szczerze. – Dobrze, że nie wiecie wszystkiego.
- Domyślam się, że na charakterze kierowców się nie kończy. – udał, że wzdycha.
- To się dopiero zaczyna. – zażartowałam. – Ale może zaczniemy to po co tu przyszliśmy, co?
***
Pierwszy raz nie poszedł tak źle jak myślałam. Może dlatego, że obok siebie miałam Lili, która służyła mi pomocą, a „przesłuchiwałam” Marka Webbera. Całość trwała trochę ponad pół godziny i z satysfakcją mogłam stwierdzić, że wszystko poszło po mojej i Lili myśli. Zadawałam krótkie i konkretne pytania, nie robiąc przy tym żadnych gaf, a Mark odpowiadał na nie długo i szczegółowo. Niestety nie zawsze jest tak miło i przyjemnie. Cały czas siedziało mi w głowie wyzwanie jakie na mnie czekało. Miałam nadzieję jednak, że po rozmowie jaką zamierzałam przeprowadzić z szefową, nie będę musiała robić wywiadu z Alonso. W końcu ten z Markiem powinien jej wystarczyć, Lili też tak twierdziła.
Staliśmy wszyscy przed budynkiem, gawędząc jeszcze przed rozejściem się, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Przeprosiłam ich i odebrałam. Usłyszałam w słuchawce głos mojej szefowej.
- Jak ci idzie? – zapytała wesoło, jak zawsze.
- Powoli. – powiedziałam. – Dobrze, że pani zadzwoniła.
- Och, nie ma za co, w końcu te telefony są takie drogie. – usłyszałam.
- Nie, nie o to mi chodzi. – powiedziałam przewracając oczami. – Chciałam się zapytać, czy mogę wymienić Alonso na Webbera? Bo właściwie wywiad mam już gotowy.
- A wyścig się skończył?
- Nawet się nie zaczął. – odpowiedziałam powoli. – Co to ma do tego?
- A to, że my potrzebujemy wywiadu po wyścigu. – rzuciła i dałabym sobie rękę uciąć, że w tej chwili na jej twarzy gości wielki uśmiech.
- Ale… – zaczęłam.
- Nie ma żadnego „ale”. – przerwała mi. – Nie będziesz przecież przeprowadzać wywiadu drugi raz z tym samym kierowcą przed i po wyścigu. – westchnęłam głośno.
- Dobra. – powiedziałam w końcu. – Niech będzie, ale nie odpowiadam za straty materialne i moralne moje i Alonso. – powiedziałam i rozłączyłam się.
Ruszyłam w kierunku Marka i Lili, którzy nadal gawędzili. W sumie nie spodziewałam się cudów po tej rozmowie, jednak trochę mnie rozczarowała. Mam nadzieję, że oboje wyjdziemy z tego cało.
- To ja się zbieram, mam jeszcze trochę pracy. – powiedziała Lili kiedy do nich dotarłam, wskazując kciukiem na budynek, który znajdował się za nią. – Podwiozłabym cię, ale sama rozumiesz. I tak szef nie daje mi spokoju. – wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Spokojnie, dam sobie radę. – uśmiechnęłam się pocieszająco, widząc, że naprawdę jej przykro.
- Ja cię mogę podwieźć. – zaoferował się Webber. – Jedziemy w tym samym kierunku przecież…– popatrzył na mnie z litością i rozbawieniem w oczach. –…a już ze mną jechałaś, więc nie masz się czego bać.
- Świetny pomysł! – krzyknęła nagle Lili. – To załatwione, dzięki. – poklepała Marka po ramieniu i weszła do budynku.
- Wezmę taksówkę, naprawdę.
- Nawet o tym nie myśl. – Mark pogroził mi palcem. – Jedziesz ze mną.
- No dobra. – westchnęłam. – To gdzie ten twój bolid, błyskawico? – zażartowałam.
- Wystarczy jedno moje pstryknięcie a pojawi się jak królik z magicznego kapelusza. – poruszył brwiami, i tak jak powiedział, pstryknął palcami. Jednak nic magicznego się nie stało. – Czasem po prostu się zacina i trzeba do niego samemu podejść. – oznajmił ze smutkiem.
- Po prostu żaden z ciebie magik. – powiedziałam. – Rozczarowałeś mnie!
- Przepraszam. – odparł i zrobił minę, którą przypominał smutnego psa. Zaśmiałam się.
Dotarliśmy do auta. Mark wyprzedził mnie o kilka kroków i otworzył mi drzwi. No, no, no, kto by pomyślał. Usadowiłam się wygodnie w fotelu, zapięłam pasy, co zawsze miałam w zwyczaju,  i już po chwili obok mnie pojawił się kierowca. Droga do hotelu nie była długa, ale idąc na pieszo człowiek mógłby się porządnie zmęczyć przez upał jaki tutaj panował. Mark co chwila rzucał jakieś tematy do rozmowy dlatego ani na chwilę nie zapanowała cisza.
- Słaby czas, kapitanie. – powiedziałam kiedy dojechaliśmy na miejsce. Wysiedliśmy za samochodu i ruszyliśmy w stronę wejścia.
 - Nie dość, że ją zabrałem to jeszcze marudzi. – powiedział niby do siebie.
- Ej! – oburzyłam się i uderzyłam go pięścią w ramię. Teatralnie skrzywił się z bólu i zaczął masować rzekomo obolałe miejsce.
- Za co? – zapytał rozbawiony.
- Za to, że nie jesteś magikiem! – powiedziałam i wystawiłam język.
Nagle poczułam jak bierze mnie za rękę i ciągnie trochę na bok od głównego wejścia. Oparł mnie delikatnie o ścianę i zaczął całować. Po chwili odezwał się:
- A teraz? Nadal się gniewasz? – zapytał z tym zawadiackim uśmiechem na twarzy.
- Hmm… – mruknęłam. – Tak, ale tylko tro… – nie zdążyłam dokończyć a już poczułam jego usta na swoich. Wydawało się, że trwa to całą wieczność, a ja nie mogłam się od niego oderwać. A może nie chciałam? Nagle ktoś odchrząknął. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni i spłoszeni nastolatkowie. Zobaczyliśmy przed sobą zmieszanego Massę.
- Nie chciałbym przeszkadzać… – zaczął. – …ale coś się chyba stało w twoim pokoju. Usłyszałem jakieś hałasy i poszedłem sprawdzić. Zauważyłem otwarte drzwi i bałagan…- Nie skończył a już pobiegłam truchtem do swojego pokoju.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy do niego weszłam. Wszystko porozrzucane, nawet komoda i mała szafka leżały przewrócone. Ubrania z walizki walały się wszędzie. Widać było, że ktoś kto to robił działał w pośpiechu. Pewnie Massa spłoszył szkodnika. Czułam jak opanowuje mnie złość. Rozejrzałam się dokładniej jeszcze raz, żeby zobaczyć czy coś nie zginęło. Wszystko wydawało się być w porządku pomimo panującego bałaganu. Spostrzegłam, że na łóżku leży jakaś kartka. Podniosłam ją i przeczytałam to, co była na niej wydrukowane.
„Jeszcze ci mało?”
Zaparło mi dech w piersiach. Co ktoś ode mnie chciał? Przecież nikomu się nie naraziłam, nie licząc Mikołaja, ale wydawało mi się, że już sobie odpuścił. Poza tym ma teraz gorsze problemy na głowie. Nie poczułam strachu, lecz jeszcze większą złość na siebie i na cały świat.
- Kurwa! – krzyknęłam i zamknęłam kopniakiem drzwi. Rozległ się wielki huk a po chwili jęk.
Otworzyłam drzwi i pomimo ogarniającej mnie złości poczułam rozbawienie.   
______________________
Witajcie! ;-)
Dodaje kolejny rozdział i nawet wyrobiłam się w terminie jednego miesiąca. Ledwo, bo ledwo, ale jest!
Już mija kolejny dzień ferii, coś czuję, że te dwa tygodnie i tak mi nie wystarczą na rzeczy, które powinnam zrobić. A co tam u Was? Tęsknicie za F1? Bo ja już nie mogę się doczekać... Ale za to ile się dzieje w poszczególnych teamach. Zapowiada się ciekawie.
Jak zawsze przepraszam za wszystkie błędy, bo na pewno są. ;-)
Pozdrowionka! 

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział X: Czasem to niewiarygodne jaki wpływ na nas mają inni ludzie. Dostrzegają to wszyscy, tylko nie my sami.



Owym nieznajomym i potrzebującym okazał się Heikki  Kovalainen. Też leciał do Polski, tyle że na swoje pole golfowe. Fin okazał się bardzo sympatycznym i przede wszystkim gadatliwym człowiekiem. W samolocie zamienił się miejscem z jakimś facetem żeby siedzieć obok mnie i nawijać o czym tylko się da. Większość lotu spędziłam na słuchaniu jego wywodów. Dowiedziałam się wszystkiego, co tylko można o golfie i z ręka na sercu mogę powiedzieć, że gdyby przyszło mi wytłumaczyć komuś choćby jak trzymać kij i uderzyć piłeczkę, to nie miałabym z tym najmniejszego problemu. Kiedy stwierdziłam, że nie ma nudniejszego sportu (czy to w ogóle można nazwać sportem?) niż golf Heikki od razu się oburzył i wyłożył mi kolejny wykład, który z resztą nie bardzo mnie przekonał. Nadal twierdzę, że golf jest nudny (bo jest).
Kiedy dotarłam do domu od razu zadzwoniłam do rodziny z pytaniem, czy wszystko u nich w porządku. Miałam zamiar ich odwiedzić w niedługim czasie. Zobaczyć jak się sprawy mają, tym bardziej, że przez telefon można powiedzieć rzeczy zupełnie niezgodne z prawdą.
Pomimo tego, że lot był bardzo długi nie czułam się zmęczona. Dużą część czasu spałam albo po prostu słuchałam, co było dla mnie komfortową sytuacją. Wolę słuchać niż mówić.
Był już prawie wieczór, za oknem dość ciemno, a ja krzątałam się po kuchni. Próbowałam upichcić coś normalnego, co w moim przypadku graniczyło z cudem. Umiem przyrządzać najprostsze rzeczy i to czasem nawet z wielką trudnością. Właśnie dlatego jestem w stanie jeść jedną „potrawę” przez cały tydzień i tak by mi się nie nudzi. Fajny bajer, nie? Bardzo pomocne, szczególnie jak jest się zbyt leniwym i zbyt mało ambitnym, żeby ugotować coś, w moim przypadku, wyrafinowanego.  A może to jednak wrodzony brak talentu? Wmawiam sobie, że nie.
Włączyłam radio by nie siedzieć znów w ciszy. Szłam w kierunku lodówki, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się, kto może mnie odwiedzać o tej porze, tym bardziej, że całkiem niedawno wróciłam do domu.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam przed sobą Mikołaja. To się robi nudne. Nie powiedziałam nic tylko szybkim ruchem spróbowałam zamknąć drzwi. Przytrzymał je ręką.
- Czy nie wyraziłam się jasno ostatnim razem? – powiedziałam zdenerwowana, a ten lekko przechylił głowę. Matko, o co mu chodziło? Za chwilę jednak jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Na jego twarzy zagościł uśmiech.
- Ach, ty myślisz, że jestem Mikołajem? – zaśmiał się i wskazał palcem na siebie. Nie odpowiedziałam. Chyba zauważył moje zmieszanie. – Jestem jego bratem. Bliźniakiem.
- Tak, a ja wróżką z różdżką, różową sukienką i białymi rajstopkami. – powiedziałam ironicznie. – Daj spokój. – dodałam i ponownie spróbowałam zamknąć drzwi, jednak i tym razem bez powodzenia.
- A czy u Mikołaja widziałaś coś takiego? – wyciągnął lewą rękę, a prawą podwinął koszulę do łokcia. Moim oczom ukazała się głęboka blizna, która ciągnęła się przez prawie całe przedramię. Mimowolnie się skrzywiłam. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Igor. – szybko podał mi rękę widząc moje zmieszanie.
- Blanka. – uścisnęłam ją. – Co cię do mnie sprowadza? – odezwałam się niepewnie.
- Prośba. – powiedział szczerze. Gestem zaprosiłam go do środka. Zdjął kurtkę, buty i poszedł za mną do kuchni.
- Napijesz się czegoś? – zapytałam z grzeczności.
- Nie, dzięki. – uśmiechnął się. Usiadłam naprzeciwko niego. – Dużo mi o tobie opowiadał. – zaczął. – Mówił, że jest prawdziwym szczęściarzem. Opisywał cię w samych superlatywach. I chyba się nie mylił.
- Szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o nim. – bąknęłam.
- Chyba nie jest między wami za dobrze.
- Między nami nic nie jest. – uśmiechnęłam się i mimowolnie spojrzałam na rękę, na której znajdowałam się blizna. Spojrzał na mnie i zaśmiał się cicho. Szybko odwróciłam wzrok speszona.  – Ale domyślałam się, że nie o tym przyszedłeś rozmawiać. O co chodzi?
- Podobno każdemu warto dać drugą szansę. – powiedział niby nawiązując do poprzedniego wątku. – A ja właśnie mu ją dałem. Nie wiem czy postąpiłem słusznie, czy nie, ale to w końcu mój brat. – tym razem on spojrzał na swoją rękę. Powoli podwinął rękaw i zaczął wodzić palcem po bliźnie. – To przez niego. – uśmiechnął się smutno. – Skończyło się na bliźnie i lekkim niedowładzie ręki.  Mogło być o wiele gorzej, groziła mi amputacja. Dziecko szczęścia ze mnie, nie? Mikołaj nie bardzo interesował się, co się ze mną działo. Bolało mnie to, że w ogóle nie czuł się winny. Czasem to niewiarygodne jaki wpływ na nas mają inni ludzie. Dostrzegają to wszyscy, tylko nie my sami.
- Przykro mi. – powiedziałam szczerze. – Mikołaj zachowuje się jak dzieciak. Chyba nie potrafi wyrosnąć na porządnego człowieka. – pokiwał głową.
- Masz rację. Ale teraz wpakował się w niezłe bagno.
- A kiedy się w nie nie wpakował? – zapytałam i westchnęłam.
- Kiedy był z tobą. – odpowiedział i ciągnął dalej. – Mikołaj jest zbyt pewny siebie, zbyt ambitny i bardzo przejmuje się opinią innych. Właśnie dlatego pewnego pięknego dnia to wszystko go przerosło. Myślał, że wszyscy są przeciwko niemu, a mnie traktują jak kogoś wielkiego. Zresztą to dłuższa historia.
- Jeśli chcesz o tym mówić , chętnie posłucham. – powiedziałam i w skupieniu popatrzyłam na niego.
- No dobrze. – odezwał się wreszcie. – Wątpię, że Mikołaj wspominał ci o tym kiedykolwiek. Jak usłyszałaś już wcześniej, nie miał się czym chwalić. Kiedy byliśmy mali mieliśmy jedno, wspólne marzenie. Ścigać się z najlepszymi. Zaczynaliśmy jak każdy i powoli pięliśmy się ku górze aż w końcu dotarliśmy do Formuły 3. Jednak nie na długo. Właśnie wtedy zdarzyło się to. – kiwnął głową w stronę ręki. – Zacząłem wygrywać wyścig za wyścigiem, a Mikołajowi wtedy nie szło najlepiej. Różne osobistości kręciły się wokół mnie, różni sponsorzy i różne oferty. Mówiono, że jestem jednym z najbardziej utalentowanych kierowców jakich kiedykolwiek mieli. Mikołajowi bardzo to przeszkadzało. Uważał, że jest ignorowany, gorszy, bo akurat nie miał takiej formy jak ja. Zaproponowano mi testy w Formule 1. Byłem bardzo szczęśliwy. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. – spuścił wzrok na swoje ręce. – Wtedy Mikołaj wpadł na jakże genialny pomysł przerwania mojej kariery. Nie wiem czy myślał, że to będzie tylko na chwilę, na moment. Wyszło inaczej. – powiedział już ciszej. Po raz kolejny od momentu kiedy przyszedł nie wiedziałam co powiedzieć. Nie spodziewałam się, że to wszystko tak mogło wyglądać.
- Rzeczywiście, Mikołaj nigdy nie wspominał o tym, że jeździł.
- Od tamtej pory nienawidzi sportów motorowych. Wyrzucili go od razu po tym jak dowiedzieli się, co zrobił. I od tamtej pory nienawidzi mnie. Brat, który niszczy marzenia, to co to za brat? – skrzywił się.
- Brat, który walczy o swoje marzenia. Każdy ma do tego prawo. – powiedziałam lekko zdziwiona ostatnim zdaniem Igora. – Dlaczego chcesz mu pomóc? Po tym wszystkim…
- Po tym wszystkim nadal jest dla mnie rodziną. – przerwał mi. – I chyba dlatego jeszcze żyje. – spojrzał na mnie.
- W takim razie, jak mogę pomóc? – spytałam.
- Potrzebujemy pieniędzy. W zasadzie to on potrzebuje. – nie dał mi nic powiedzieć i szybko ciągnął dalej. – Wiem, że to niezbyt kulturalne z mojej strony, ale nie mam innego wyjścia. Mikołaj ma długi. Bardzo duże, które ciągle rosną. Chyba wiesz jak to jest jeśli chodzi o narkotyki. – otworzyłam usta zdziwiona i chciałam coś powiedzieć, jednak po chwili je zamknęłam. Nie mieściło mi się to w głowie.
- Dlaczego tego nie zauważyłam? – powiedziałam sama do siebie i przeczesałam palcami włosy.
- Może dlatego, że sprytnie to ukrywał. Chciał poradzić sobie sam, ale nie dawał rady. Znajomy kolega powiedział mi, ze widział go jak głośnio sprzeczał się i szarpał z jakimś gościem. Nie trudno było usłyszeć o co chodzi.
- Ile? – zapytałam szybko niemal mu przerywając.
- Trzydzieści tysięcy. – wstałam i zaczęłam chodzić nerwowo w tą i z powrotem. – Nie chcę od ciebie całej kwoty, broń Boże. – dodał.
- Postaram się coś załatwić. – powiedział nerwowo. – Dzięki, że przyszedłeś i mi wszystko powiedziałeś. – Igor wstał i ruszył w kierunku korytarza, aby się ubrać.
Wyszłam na chwilę do innego pokoju, a kiedy wróciłam Igor był gotowy do wyjścia.
- Informuj mnie na bieżąco. Dzwoń nawet z drobnostkami. – podałam mu karteczkę z zapisanym numerem telefonu. – Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma za co. Mam nadzieję, że następne informacje przekazane przeze mnie będą bardziej optymistyczne. – schował papierek do kieszeni kurtki. – Do miłego.
- Mam nadzieję. – powiedziałam i zamknęłam za nim drzwi.
***
Leżałam w łóżku i starałam się zasnąć. Szykowała się kolejna nieprzespana noc. Cały czas zastanawiałam się, dlaczego Mikołaj nic mi nie powiedział o swoich problemach, o swojej przeszłości. Przez tyle czasu żyłam z człowiekiem, który mnie okłamywał. Przecież wiedział, że może na mnie liczyć, że mu pomogę. Co takiego go przed tym powstrzymywało? To pytanie powtarzałam w głowie kilka razy, lecz na nic się to nie zdało. Gdybym tylko wiedziała… Co prawda, nie zapomniałam o tym co miało miejsce w Australii, ale w pewnym sensie czułam się za niego odpowiedzialna. Czułam, że muszę mu pomóc, choćby ze względu na swoją godność. Mam się tak po prostu odwrócić i odejść?
Przekręciłam się na lewy bok i spojrzałam na zegarek. Zbliżała się północ. Na jutro zaplanowałam sobie wizytę u Vivione i rodziny. Muszą zobaczyć, że jakoś przeżyłam lot. W sumie myślałam, że to wszystko będzie wyglądać gorzej, straszniej. Nie taki diabeł zły, jak go malują. Pomimo wszystkich wydarzeń nie mogłam doczekać się następnego wyścigu i momentu kiedy wezmę aparat do ręki, kiedy usłyszę dźwięk silnika, który wywołuje przyjemne dreszcze na moich plecach.
Nagle zadzwonił telefon. Dzwonek telefonu wydawał się okrutnie głośny przez ciszę jaka panowała wokół mnie. Szybko odszukałam telefon ręką i odebrałam zaspanym głosem.
- Mam nadzieję, że wybaczysz mi, że dzwonię o tej porze. – usłyszałam głos mojej szefowej w słuchawce.
- I tak nie mogłam zasnąć. – powiedziałam zgodnie z prawdą, choć mój głos na to nie wskazywał. Siadłam na łóżku.
- Sprawy się trochę pokomplikowały. – oznajmiła. Lekko przestraszona spytałam:
- To znaczy?
- To znaczy, że oprócz robienia dla nas zdjęć będziesz musiała przejąć dodatkową funkcję na nieokreślony czas. – powiedziała bez żadnych ceregieli.
- Jak to? – wydukałam.
- Dziewczyna, która zajmowała się przeprowadzaniem wywiadów i spisywaniem newsów jest chwilowo, ujmijmy to, niedostępna. – w tej chwili ucieszyłam się, że moja szefowa nie może zobaczyć mojego wyrazu twarzy przez telefon. Chyba padła by ze śmiechu. Kobieta jakby nie zauważyła ciszy w słuchawce i odezwała się ponownie. – Na każdym wyścigu przeprowadzisz przynajmniej jeden wywiad z kierowcą, którego ci wyznaczymy. A! – przypomniała sobie. – Mam nadzieję, że się jeszcze nie rozpakowałaś. Jutro masz samolot do Malezji. Będziesz miała czas na oswojenie się z nową sytuacją. Na miejscu będzie czekała Lili, która powie ci jak wszystko ma wyglądać i czego od ciebie oczekujemy.
- Muszę? – jąknęłam.
- Nie ma innego wyjścia, kochanieńka. – Jesteś naszą ostatnią deską ratunku. Liczymy na ciebie. Poza tym, słyszałam, że złapałaś dobry kontakt z kierowcami. Myślę, że to ułatwi ci zadanie.
- O której mam samolot? – zapytałam zrezygnowana.
- Dwunasta czterdzieści. Ktoś po ciebie przyjedzie, więc na pewno się nie spóźnisz. – usłyszałam zadowolony głos. – Chcesz wiedzieć z kim przeprowadzisz swój pierwsze wywiad?
- Mam się bać? – powiedziałam niby dla żartów, choć naprawdę mnie to przerażało.
- Nie ma czego. – zaśmiała się. – To sympatyczny chłopaczek. – Czyżby ktoś z młodszych?  Oby. Cisza w słuchawce zdawała się trwać całą wieczność , gdy nagle usłyszałam nazwisko, które wprawiło mnie w osłupienie. W słuchawce usłyszałam tylko chichoczącą szefową życzącą mi powodzenia,. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z sytuacji w jakiej mnie postawiła.
- Fernando Alonso. – powiedziałam na głos i rzuciłam się z powrotem na swoje łóżko.
____________________________
Czołem! Nareszcie coś napisałam. Długo się do tego zbierałam, choć pomysł miałam w głowie. Na szczęście się udało. Przepraszam, że musieliście tak długo czekać. Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się prędzej. ;-) Chciałam podziękować mojej siostrze, która troszkę mi w tym pomogła. 
Zbliżają się święta, więc wszystkiego najlepszego z tej okazji.Oczywiście szczęśliwego Nowego Roku i lepszego niż ten. :-)
No a w polskim sporcie się dużo dzieje. Nie będę tutaj o wszystkim pisać, bo pewnie się w miarę orientujecie. :D Dodam tylko, że niektóre pomysły FIA doprowadzają do szału, sami wiecie... 
Bottas 77; Massa 19. Fajnie, fajnie. Oby numerki okazały się szczęśliwe.
A! I mój nowy rysunek Marka. (W sumie to nie przypomina on Marka, przez te usta, no ale teoretycznie nim jest xD)
Enjoy!
PS. Przepraszam za wszystkie błędy! :-)