wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział XII: Pamiętasz co mi obiecałeś, prawda?



Przebywałam w boksie Ferrari kiedy zakończyły się kwalifikacje. Ze swojego bolidu wysiadł właśnie Fernando Alonso, niezadowolony z czasu jaki osiągnął. Trochę pojękując zdjął swój kask, a jego wzrok spoczął na mnie. Uśmiechnęłam się promiennie i jako że stałam blisko niego, poklepałam go po policzku i powiedziałam:
- Jak się jeździło?
Przysięgam, gdyby wzrok mógł zabijać…
Alonso odburknął coś pod nosem, zrobił parę kroków w stronę szatni i zaczął się rozpinać.
- Następnym razem uważaj jak będziesz zaglądał do mojego pokoju. – zawołałam na odchodne i ruszyłam w stronę boksu Red Bulla.
Widziałam już uśmiechniętego Marka pijącego napój i zawzięcie rozmawiającego ze swoim inżynierem wyścigowym. Zauważył mnie i pomachał. Nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła. Odwróciłam się i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam przed sobą Igora.
- No cześć. – powiedział i szeroko się uśmiechnął.
- Heeeej. – wydukałam z siebie. – Co ty tu robisz? – zapytałam kiedy dawał mi całusa w policzek.
- Przyjechałem na wyścig? – zaśmiał się. – A przy okazji zobaczyć się z tobą i przekazać ci parę nowych informacji.
- Wystarczyło zadzwonić.
- To fakt, ale wyścig przed telewizorem to nie to samo.
Nagle kątem oka zauważyłam Webbera (przebranego już w normalne ubrania! Jak on to robił, że ubrał się może w dwie minuty?!) zbliżającego się do nas. Nie wyglądał na zadowolonego. Ach, no tak. Przecież Igor wygląda jak Mikołaj… Odwróciłam się do niego zanim zdążył do nas podejść i uśmiechnęłam się na znak, że wszystko gra. Chyba zrozumiał i stanął obok mnie. Mogłam wyczuć, że jest trochę spięty. Zanim zrobiłam ruch, aby przedstawić sobie obu panów, Igor mnie uprzedził.
- Igor Wiśniewski. – powiedział i wyciągnął rękę.
- Mark Webber. – uścisnął wyciągniętą dłoń. – Miło mi poznać. – powiedział bez przekonania.
Zapadła niezręczna cisza. Wybawcą okazał się Igor.
- Może pójdziemy na kawę? – zerknął na mnie i na Marka. – Nawet we trójkę. – zaśmiał się i puścił do mnie oczko. Uśmiechnęłam się.
- Jasne, chociaż myślę, że Mark i tak za wiele nie wyniósłby z tego spotkania przez to, że rozmawiamy po polsku. – kierowca zrobił zdezorientowaną minę, gdy usłyszał swoje imię. – Mówiłam. – pokazałam na Webbera i zaśmiałam się.
- Właśnie widzę. W takim razie może spotkajmy się sami, tylko powiedz kiedy. – włożył ręce do kieszeni.
- Poczekaj chwilkę. – powiedziałam i odciągnęłam Marka za rękę na bok.
- O co chodzi? – zapytał robiąc przy tym głupią minę.
- Chciałabym z Igorem iść na kawę. Musimy o czymś pogadać. Spotkamy się później, dobrze? – powiedziałam już po angielsku.
- Nie ma sprawy. – odpowiedział. – Ale…– zaczął.
- Ale co?
- Jesteś pewna?
- Czego? – tym razem ja zrobiłam głupią minę.
- Nooo – przeciągnął. – Tego, że ten facet to Igor, a nie Mikołaj.
- Tak, jestem pewna. – przewróciłam oczami.
- No dobrze. – westchnął. – Trzymam za słowo.
- To pa. – powiedziałam prędko i cmoknęłam go w policzek.
- Zaraz, zaraz. – przytrzymał mnie za rękę i pocałował w usta. Daję słowo, że oddałabym wszystko za to by móc zostać z nim jeszcze chwilę dłużej. Oderwał się ode mnie i powiedział:
- Teraz możesz iść.
- Dziękuję za pozwolenie. – zaśmiałam się i zrobiłam dwa kroki, aby odejść, po czym odwróciłam się by skraść od Marka jeszcze jednego buziaka. Australijczyk uśmiechnął się słodko i pomachał odchodząc. Igor przyglądał się całej tej scenie z lekkim zawstydzeniem. 
- Możemy iść.
- Znam jedno fajne miejsce – ożywił się – można siąść i spokojnie porozmawiać. Wiem, ludzie mówią tak w filmach, ale to miejsce jest naprawdę świetne.
 Ruszyliśmy w drogę. Muszę przyznać, że był to spory kawałek do przejścia na pieszo. Jednak był to bardzo miły i orzeźwiający spacer. Igor prowadził mnie jakimiś „skrótami”, choć mi na nie nie wyglądały biorąc pod uwagę ilość uliczek, w które weszliśmy. Gdybym miała wracać sama na pewno bym zabłądziła. Skąd on wynalazł takie miejsce? Nagle przed oczami stanął mi obraz niedawnego wydarzenia, z którego nie wyszłabym cało gdyby nie Felipe. A co jeśli Igor jest taki sam, przemknęło mi przez głowę. Praktycznie go nie znam. Równie dobrze mógłby mordować siekierą. Może to on potrzebuje tych pieniędzy i chce mnie wykorzystać. Bierze mnie jako naiwniaczkę, którą może oskubać z kasy. Odpędziłam od siebie te myśli.
- Wszystko w porządku? Jesteś blada. – stwierdził nagle. Przestraszyłam się nagle i zrobiło mi się trochę wstyd, że mogłam coś takiego o nim pomyśleć. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Tak, po prostu chyba słońce mi przygrzało i zrobiło mi się słabo. – uśmiechnęłam się niepewnie. – Daleko jeszcze? – zabrzmiało to niczym tekst z filmu ‘Shrek’. Jemu chyba też się przypomniała owa scena, bo zaśmiał się pod nosem.
- Nie. Już jesteśmy na miejscu.
Weszliśmy do małego, ale przytulnego baru. Już na samym początku można było poczuć przyjazną atmosferę. Personel z uśmiechem witał nowo przybyłych gości. Naprzeciwko wejścia znajdowała się lada przy której można było usiąść i napić się czego tylko się pragnęło. Na ścianach wisiały tablice z czekającymi na klientów okazjami. Spodobało mi się to miejsce. Miało swój klimat.
- O, popatrz kogo tu mamy. – powiedział Igor i pociągnął mnie za sobą. Nie zdążyłam się przyjrzeć, a już staliśmy obok stolika.
Stolika, przy którym siedział Fernando Alonso.
- No nie… – powiedziałam pod nosem. Igor jakby nie zauważając mojego oporu przysiadł się do Hiszpana i serdecznie przywitał. Fajnie wiedzieć, że się znają. I to chyba bardzo dobrze. Usiadłam niepewnie obok Igora.
- Poznajcie się. – powiedział.
- My się już znamy. – odparliśmy niemal równocześnie. Igor zaśmiał się i kiwnął głową w kierunku Alonso.
- Nieprzyjemna sprawa. – rzucił, a mina Hiszpana wyrażała zdezorientowanie. – Nos. – popukał się w swój. Spuściłam głowę i uśmiechnęłam się szeroko, starałam się nie zaśmiać.
- Wypadek przy pracy. – usłyszałam poważną odpowiedź.
- Bo przecież wyścigi są takie niebezpieczne. – powiedziałam z ironią i zachichotałam. Fernando po raz drugi w ciągu godziny zgromił mnie wzrokiem. Wzruszyłam ramionami.
W głowie zaczynałam przypominać sobie drogę, która tutaj dotarliśmy aby wrócić nie tyle do hotelu, co przynajmniej na tor. Nic z tego. Igor nieświadomie z baru zrobił pułapkę. Następnym razem, gdziekolwiek z nim pójdę, wezmę kartkę i długopis, i wszystko będę sobie rysować. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś mapy z czerwoną migocącą kropką i wielkim napisem „JESTEŚ TUTAJ”. Niestety bez skutku. Zresztą czego ja się spodziewałam? To nie Chiny z milionami uliczek i milionami ludzi. Chociaż z uliczkami to chyba im dorównują… Nagle kątem oka (którego nie mamy) zobaczyłam siedzącego tyłem Massę. Jak dobrze, że Brazylijczycy dość szybko zaczynają łysieć, więc łatwo było go poznać. Bo który z kierowców próbuje ukryć swoją łysinkę zapuszczając dłuższe włosy? Odpowiedź jest tylko jedna.
- Zamawiasz coś? – zapytał Igor po polsku.
- Wezmę sok pomarańczowy. – powiedziałam i wyciągnęłam telefon z kieszeni. Kliknęłam ikonkę SMS’a i wybrałam numer Felipe. Napisałam po portugalsku żeby szybciej do niego dotarło.
Ratuj.
Już po chwili zauważyłam jak wyciąga swojego iPhone’a. Igor w tej chwili poszedł zamówić dla mnie sok a dla niego kawę.
Co jest?
Odwróć się. To Ci wystarczy.
Odwrócił się, tak jak mu napisałam, i szybko nas zauważył. Spojrzałam na niego niemal błagalnym wzrokiem, a on zaczął się śmiać.
Powiem Ci, że mi pomogłeś…
Hahahah, polecam się na przyszłość :-)
Cały czas udawałam, że nie wiem, że Alonso siedzi obok mnie. Jednak gdy spojrzałam na niego, aby zobaczyć co robi od razu tego pożałowałam. Wpatrywał się we mnie swoim morderczym wzrokiem i nic nie mówił. Czułam się głupio.
- Pamiętasz co mi obiecałeś, prawda? – zagadałam z uśmiechem. Miałam tak strasznie wielką satysfakcję. Po tym jak okazało się, że nieszczęśnikiem, który dostał ode mnie drzwiami, postanowiłam mu pomóc. Oczywiście nie tak całkowicie za darmo. Dobrze, ze jakby nie było dostał w głowę z dość dużą siłą, więc nie myślał zbyt jasno w tym momencie. Krew lała się prawie strumieniami, to miałam go tak zostawić? Przy okazji skorzystałam. Hiszpan zgodził się na powyścigowy wywiad, no i na coś jeszcze...
- Tsa – odburknął. – Myślę, że gdybym zszedł na dół po pomoc, uzyskałbym ją za darmo bez żadnym obiecanek.
- Przykro mi, za profesjonalizm się płaci. - stwierdziłam. 
Nagle udałam, że sobie o czymś przypomniałam i złapałam telefon do ręki. Niby coś powciskałam i powiedziałam:
- Zupełnie zapomniałam! Muszę lecieć załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Mógłbyś przeprosić Igora ode mnie i powiedzieć mu, że porozmawiamy później? - nie oczekiwałam odpowiedzi, ale, o dziwo, dostałam ją.
- Jasne, żaden problem. - zamurowało mnie. Totalnie mnie zamurowało. Stałam przez chwilę głupio na niego patrząc. Po chwili otrząsnęłam się z lekkiego szoku i ruszyłam w kierunku drzwi, tak aby przy okazji zahaczyć o Massę. Kiedy przechodziłam obok niego, szturchnęłam go (żeby nie powiedzieć uderzyłam) w głowę.
- Rusz się. - powiedziałam cicho i nieodwracając się szłam ku wyjściu. Dopiero kiedy wyszłam spojrzałam za siebie czy Felipe mnie posłuchał. Prawie zderzyliśmy się kiedy właśnie wychodził na zewnątrz przez drzwi.
- Boże! - krzyknęłam, a Brazylijczyk w teatralnym geście złapał się za serce.
- Umieram, umieram! - mówił coraz ciszej.
- Nie wygłupiaj się. - upomniałam go i klepnęłam w ramię. - Kto jak kto, ale ty powinieneś być odporny na różne niespodzianki. 
- Jak widać nie jestem. - wzruszył ramionami. - To chyba niedobrze, co? - zapytał z udawanym przejęciem.
- Nawet bardzo niedobrze. A teraz prowadź, towarzyszu. - machnęłam zachęcająco ręką.
- Gdzie znowu? 
- Przed siebie, gdzie nogi poniosą. - tym razem to ja powiedziałam to teatralnie.
- Okey. - tylko tyle. I ruszył.
- Na tor, na tor, do hotelu, do hotelu, zaprowadź mnie, ty stary cwelu. - zaczęłam śpiewać, choć totalnie nie umiałam. Felipe spojrzał na mnie jak na głupią, lecz po chwili wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Co t o było? - powiedział śmiejąc się.
- Nie wiem?- odpowiedziałam pytająco i wzruszyłam ramionami. - Samo wyszło. - parsknęłam śmiechem. 
Resztę drogi wymyślaliśmy różne wierszyki i rymowanki przez co milej nam się szło. Po b a r d z o długim czasie zerknęłam za zegarek i stwierdziłam, że chodzimy już tak od dwóch godzin. Nawet przy bardzo wolnym spacerze nie zajęłoby nam to tyle czasu. Zaczęłam się zastanawiać, czy Massa w ogóle wie gdzie jesteśmy.
- Felipe... - zaczęłam.
- Tak? - powiedział nie dając poznać po sobie, że coś jest nie tak.
- Czy ty wiesz gdzie jesteśmy?
- Nie mam pojęcia, a co? - słysząc to stanęłam w miejscu. Jak to "nie mam pojęcia"?! Zabiję go. Przysięgam. Kiedyś go zabiję.
- Sama powiedziałaś, że mamy iść przed siebie. - oznajmił ze spokojem w głosie, próbując się wytłumaczyć.
- Chciałam do h o t e l u. 
- Wiem, też bym chciał. 
Weź głęboki wdech i wydech, powtarzałam sobie w myślach.
- A czy ty kiedykolwiek byłeś w tamtym barze? - zapytałam 
- No tak, dzisiaj. - ręce mi opadły. - Ale pamiętałem jak stamtąd wrócić. Tylko teraz mi się trochę... zapomniało.
- Czyli mamy problem. - stwierdziłam.
___________________
Przepraszam, że dopiero teraz, ale cały rozdział był prawie gotowy. Miałam napisać tylko zakończenie a tu BACH! Wszystko się usunęło... Byłam tak potwornie wkurzona, że nawet sobie tego nie wyobrażacie.
No ale nic, ważne, że po takim czasie jest. Nie najlepszy, wiem, ale jest.
Enjoy!

2 komentarze:

  1. I co, że późno? Jest super!
    Myślałam, że to Felipe oberwał drzwiami, a tu taka niespodzianka :p Aaa, Mark! Miłość, więcej miłości <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, kurczę. Narobiłam sobie zaległości, a tu TAKIE COŚ Z MARKIEM JUŻ :O hohoho!
    Fernando wcale nie jest taki zły ;p W "prawdziwym życiu" (XD) też się do niego przekonuję. To jest takie mniejsze zło :D
    Felipe to ekstremalny słodziak. Nawet jego łysina jest słodziachna. Dawaj nowy rozdział, nie każ dłużej czekać ;___;
    xxx M.

    OdpowiedzUsuń