wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział XI: Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.



Nie zdążyłam nawet porządnie pobyć w domu a już trzeba było go opuścić. Nici z odwiedzin, które sobie zaplanowałam. Nie liczyłam na miły tydzień ze względu na dodatkową robotę, jaką zafundowała mi szefowa, a raczej dziewczyna, która jest „chwilowo, ujmijmy to, niedostępna”. Samo przeprowadzenie wywiadu raczej nie budziło we mnie aż tak negatywnych emocji jak fakt, że muszę go przeprowadzić z Alonso. Przecież on nie odpowie nawet na jedno moje pytanie. Zresztą, ja w ogóle nie mam ochoty zadawać mu pytań, a co dopiero słuchać odpowiedzi na nie.
- Skoro już wszystko omówione czas przejść do zajęć praktycznych. – odezwała się nagle Lili, a ja aż podskoczyłam do góry. Mam nadzieję, że nie zorientowała się, że wyłączyłam się na moment. W sumie to na cały jej monolog.
- Ale to już? – zapytałam, mając nadzieję, że się przesłyszałam.
- No tak, a co ty myślałaś? Że sucha wiedza zrobi z ciebie redaktora? – zaśmiała się.
Super.
- Mam dla ciebie niespodziankę. – ożywiła się. – Na pewno Ci się spodoba. – powiedziała i zniknęła w innym pomieszczeniu firmy, w której siedziałyśmy.
Nie było tu nic ciekawego. Jak w każdym z tego typu pomieszczeń – biurko i komputer.  Na drugim końcu stały dwie kanapy, stolik i mały telewizor. Trochę mało miejsca, ale wszystko umeblowane tak, że nie odczuwało się tego ile rzeczy tu umieszczono.
Lili dość długo nie wracała, więc trochę się niecierpliwiłam. Wzięłam spod stolika pierwszą lepszą gazetę i zaczęłam czytać. „Jak szybko i tanio umeblujesz swój dom” widniało u samej góry. Taak, bo to mi teraz potrzebne. Spojrzałam jeszcze raz pod stolik i spostrzegłam, że wszystkiego gazety są o podobnej tematyce. Już wiem, dlaczego to wszystko tutaj tak ładnie wygląda.
- Jestem. – wparowała do pokoju tak szybko jak z niego wyszła. Dobry humor nadal jej nie opuszczał. Widać było, że jest zadowolona z siebie. – Możesz wejść! – krzyknęła odwracając się do otwartych drzwi.  Odłożyłam gazetę na swoje miejsce i z ciekawością obserwowałam kto wyłoni się z drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam Webbera.
Wchodząc do pokoju pomachał w moim kierunku i podszedł. Wstałam, żeby się przywitać.
- Cześć. – powiedziałam, nie kryjąc swojego zdumienia i podałam mu rękę.
- Cześć – odpowiedział ściskając moją rękę i całując mnie w policzek.
- Nie spodziewałaś się, co? – wtrąciła radosna Lili. – Siadajcie.
- Przyznam szczerze, że naprawdę mnie zaskoczyłaś. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Usiedliśmy na swoim miejscu, a Mark zaraz obok mnie, Lili usadowiła się naprzeciwko nas.
- Mark wspominał mi, że się znacie, dlatego poprosiłam go o przysługę. Zgodził się od razu. Pomyślałam, że będzie prościej kiedy będzie to ktoś, z kim miałaś już styczność. – uśmiechnęła się szczerze. Nie zdążyłam nic powiedzieć kiedy dodała. – Chcecie się czegoś napić?
- Kawę z mlekiem, poproszę. – powiedział Webber.
Kiwnęła głową w moją stronę.
- Sok pomarańczowy. – uśmiechnęłam się.
- Za chwilę będę. – odezwała się wychodząc z pokoju.
Usadowiłam się wygodnie na kanapie i spojrzałam w stronę Marka, który zajęty był skrobaniem niewidocznej plamki na swoich spodenkach.
- Nie powinieneś być teraz przypadkiem na konferencji prasowej? – zapytałam, a Mark spojrzał na mnie jakbym go wyrwała z głębokiego snu.
- Przecież jestem. – odpowiedział z uśmiechem.
- Za dużo ode mnie wymagasz już na samym początku. – zaśmiałam się.
- Ktoś musi ci stawiać wyzywania. – mrugnął do mnie okiem. – Nie doceniasz samej siebie.
- Liczysz na to, że przeprowadzę z tobą wywiad , który okaże się hitem i wyląduje na pierwszej stronie wszystkich gazet o tematyce sportowej? To ma być tylko próba. – jęknęłam, a Mark uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tak, na to właśnie liczę. – oparł się o sofę i wziął poduszkę do rąk, położył ją na klatce piersiowej i uparcie ściskał.
- Mam lepszego kandydata, dla którego muszę się o to postarać. – Webber uniósł brew do góry.
- Kto może być taki ważny? – powiedział śmiertelnie poważnie, ale w jego oczach było widać iskrę rozbawienia. – Hm…. – mruknął. – Ja, ja albo… ja. – wyliczał na palcach patrząc w sufit. – To która z tych opcji ci odpowiada?
Zaśmiałam się.
- Ta czwarta.
- Ale nie było żadnej czwartej! – oburzył się.
- Niestety u mnie na liście jest i nazywa się Fernando Alonso.
W tej samej chwili do pokoju weszła Lili z dwoma szklankami. Postawiła przed nami to, o co prosiliśmy i siadła na swoim miejscu.
- Widzę, że zapoznajesz Marka z powierzonym ci zadaniem. – spojrzała na nas.
- Taaak. – rzuciłam przeciągle. – Które wcale mi się nie podoba.
- Dlaczego? – zdziwiła się Lili. – Może być ciekawie. Hiszpanii umieją zaskakiwać. – poruszyła znacząco brwiami, a Webber odchrząknął.
- Ten gorący temperament… no tak, w sumie masz rację. – udałam zamyśloną.
Po chwili obie wybuchłyśmy śmiechem. 
- Ciekawe czy w ogóle doznam zaszczytu zadania mu kilka pytań. – zastanawiałam się na głos.
- A tam. – machnęła ręką Lili. – Nie przejmuj się, dasz radę. On tylko udaje takiego groźnego. Zresztą, jak cała reszta. Udają takich pewnych siebie na torze, a poza nim to różnie bywa. – Mark zaczął wiercić się na kanapie nic nie mówiąc, ale nie czuł się komfortowo w tej sytuacji.
- Nie powinnaś tego mówić. – zaśmiałam się i szturchnęłam Webbera.
- Chętnie posłucham, co jeszcze macie do powiedzenia o kierowcach. Potem przekażę chłopakom, żeby nie zgrywali takich macho. –zaśmiał się, kręcąc głową.
- Oj, dużo by się tego znalazło. – odpowiedziałam szczerze. – Dobrze, że nie wiecie wszystkiego.
- Domyślam się, że na charakterze kierowców się nie kończy. – udał, że wzdycha.
- To się dopiero zaczyna. – zażartowałam. – Ale może zaczniemy to po co tu przyszliśmy, co?
***
Pierwszy raz nie poszedł tak źle jak myślałam. Może dlatego, że obok siebie miałam Lili, która służyła mi pomocą, a „przesłuchiwałam” Marka Webbera. Całość trwała trochę ponad pół godziny i z satysfakcją mogłam stwierdzić, że wszystko poszło po mojej i Lili myśli. Zadawałam krótkie i konkretne pytania, nie robiąc przy tym żadnych gaf, a Mark odpowiadał na nie długo i szczegółowo. Niestety nie zawsze jest tak miło i przyjemnie. Cały czas siedziało mi w głowie wyzwanie jakie na mnie czekało. Miałam nadzieję jednak, że po rozmowie jaką zamierzałam przeprowadzić z szefową, nie będę musiała robić wywiadu z Alonso. W końcu ten z Markiem powinien jej wystarczyć, Lili też tak twierdziła.
Staliśmy wszyscy przed budynkiem, gawędząc jeszcze przed rozejściem się, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Przeprosiłam ich i odebrałam. Usłyszałam w słuchawce głos mojej szefowej.
- Jak ci idzie? – zapytała wesoło, jak zawsze.
- Powoli. – powiedziałam. – Dobrze, że pani zadzwoniła.
- Och, nie ma za co, w końcu te telefony są takie drogie. – usłyszałam.
- Nie, nie o to mi chodzi. – powiedziałam przewracając oczami. – Chciałam się zapytać, czy mogę wymienić Alonso na Webbera? Bo właściwie wywiad mam już gotowy.
- A wyścig się skończył?
- Nawet się nie zaczął. – odpowiedziałam powoli. – Co to ma do tego?
- A to, że my potrzebujemy wywiadu po wyścigu. – rzuciła i dałabym sobie rękę uciąć, że w tej chwili na jej twarzy gości wielki uśmiech.
- Ale… – zaczęłam.
- Nie ma żadnego „ale”. – przerwała mi. – Nie będziesz przecież przeprowadzać wywiadu drugi raz z tym samym kierowcą przed i po wyścigu. – westchnęłam głośno.
- Dobra. – powiedziałam w końcu. – Niech będzie, ale nie odpowiadam za straty materialne i moralne moje i Alonso. – powiedziałam i rozłączyłam się.
Ruszyłam w kierunku Marka i Lili, którzy nadal gawędzili. W sumie nie spodziewałam się cudów po tej rozmowie, jednak trochę mnie rozczarowała. Mam nadzieję, że oboje wyjdziemy z tego cało.
- To ja się zbieram, mam jeszcze trochę pracy. – powiedziała Lili kiedy do nich dotarłam, wskazując kciukiem na budynek, który znajdował się za nią. – Podwiozłabym cię, ale sama rozumiesz. I tak szef nie daje mi spokoju. – wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Spokojnie, dam sobie radę. – uśmiechnęłam się pocieszająco, widząc, że naprawdę jej przykro.
- Ja cię mogę podwieźć. – zaoferował się Webber. – Jedziemy w tym samym kierunku przecież…– popatrzył na mnie z litością i rozbawieniem w oczach. –…a już ze mną jechałaś, więc nie masz się czego bać.
- Świetny pomysł! – krzyknęła nagle Lili. – To załatwione, dzięki. – poklepała Marka po ramieniu i weszła do budynku.
- Wezmę taksówkę, naprawdę.
- Nawet o tym nie myśl. – Mark pogroził mi palcem. – Jedziesz ze mną.
- No dobra. – westchnęłam. – To gdzie ten twój bolid, błyskawico? – zażartowałam.
- Wystarczy jedno moje pstryknięcie a pojawi się jak królik z magicznego kapelusza. – poruszył brwiami, i tak jak powiedział, pstryknął palcami. Jednak nic magicznego się nie stało. – Czasem po prostu się zacina i trzeba do niego samemu podejść. – oznajmił ze smutkiem.
- Po prostu żaden z ciebie magik. – powiedziałam. – Rozczarowałeś mnie!
- Przepraszam. – odparł i zrobił minę, którą przypominał smutnego psa. Zaśmiałam się.
Dotarliśmy do auta. Mark wyprzedził mnie o kilka kroków i otworzył mi drzwi. No, no, no, kto by pomyślał. Usadowiłam się wygodnie w fotelu, zapięłam pasy, co zawsze miałam w zwyczaju,  i już po chwili obok mnie pojawił się kierowca. Droga do hotelu nie była długa, ale idąc na pieszo człowiek mógłby się porządnie zmęczyć przez upał jaki tutaj panował. Mark co chwila rzucał jakieś tematy do rozmowy dlatego ani na chwilę nie zapanowała cisza.
- Słaby czas, kapitanie. – powiedziałam kiedy dojechaliśmy na miejsce. Wysiedliśmy za samochodu i ruszyliśmy w stronę wejścia.
 - Nie dość, że ją zabrałem to jeszcze marudzi. – powiedział niby do siebie.
- Ej! – oburzyłam się i uderzyłam go pięścią w ramię. Teatralnie skrzywił się z bólu i zaczął masować rzekomo obolałe miejsce.
- Za co? – zapytał rozbawiony.
- Za to, że nie jesteś magikiem! – powiedziałam i wystawiłam język.
Nagle poczułam jak bierze mnie za rękę i ciągnie trochę na bok od głównego wejścia. Oparł mnie delikatnie o ścianę i zaczął całować. Po chwili odezwał się:
- A teraz? Nadal się gniewasz? – zapytał z tym zawadiackim uśmiechem na twarzy.
- Hmm… – mruknęłam. – Tak, ale tylko tro… – nie zdążyłam dokończyć a już poczułam jego usta na swoich. Wydawało się, że trwa to całą wieczność, a ja nie mogłam się od niego oderwać. A może nie chciałam? Nagle ktoś odchrząknął. Odskoczyliśmy od siebie jak poparzeni i spłoszeni nastolatkowie. Zobaczyliśmy przed sobą zmieszanego Massę.
- Nie chciałbym przeszkadzać… – zaczął. – …ale coś się chyba stało w twoim pokoju. Usłyszałem jakieś hałasy i poszedłem sprawdzić. Zauważyłem otwarte drzwi i bałagan…- Nie skończył a już pobiegłam truchtem do swojego pokoju.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy do niego weszłam. Wszystko porozrzucane, nawet komoda i mała szafka leżały przewrócone. Ubrania z walizki walały się wszędzie. Widać było, że ktoś kto to robił działał w pośpiechu. Pewnie Massa spłoszył szkodnika. Czułam jak opanowuje mnie złość. Rozejrzałam się dokładniej jeszcze raz, żeby zobaczyć czy coś nie zginęło. Wszystko wydawało się być w porządku pomimo panującego bałaganu. Spostrzegłam, że na łóżku leży jakaś kartka. Podniosłam ją i przeczytałam to, co była na niej wydrukowane.
„Jeszcze ci mało?”
Zaparło mi dech w piersiach. Co ktoś ode mnie chciał? Przecież nikomu się nie naraziłam, nie licząc Mikołaja, ale wydawało mi się, że już sobie odpuścił. Poza tym ma teraz gorsze problemy na głowie. Nie poczułam strachu, lecz jeszcze większą złość na siebie i na cały świat.
- Kurwa! – krzyknęłam i zamknęłam kopniakiem drzwi. Rozległ się wielki huk a po chwili jęk.
Otworzyłam drzwi i pomimo ogarniającej mnie złości poczułam rozbawienie.   
______________________
Witajcie! ;-)
Dodaje kolejny rozdział i nawet wyrobiłam się w terminie jednego miesiąca. Ledwo, bo ledwo, ale jest!
Już mija kolejny dzień ferii, coś czuję, że te dwa tygodnie i tak mi nie wystarczą na rzeczy, które powinnam zrobić. A co tam u Was? Tęsknicie za F1? Bo ja już nie mogę się doczekać... Ale za to ile się dzieje w poszczególnych teamach. Zapowiada się ciekawie.
Jak zawsze przepraszam za wszystkie błędy, bo na pewno są. ;-)
Pozdrowionka! 

1 komentarz:

  1. Mark+Blanka <333 Więcej, więcej...
    Co do tego włamania, coś mi sie zdaje że to sprawka Fernando, ale może się mylę :P Oby tak, bo nie wierzę żeby był zdolny do czegoś TAKIEGO

    OdpowiedzUsuń