- …no a teraz idę na śniadanie – powiedziałam do Vivione,
która zadzwoniła do mnie w środku nocy nieświadoma tego, że istnieje coś
takiego jak strefa czasowa. Jednak nie przeszkadzało mi to. I tak nie mogłam zasnąć. Spojrzałam na zegarek.
Wskazówki pokazywały 8:20. Najwyższy czas żeby się pożegnać i porządnie najeść.
W porównaniu do wczorajszego dnia, dzisiejszy zapowiadał się pracowicie, ale
przyjemnie.
- Leć, leć. – ponaglała mnie przyjaciółka – Ale
koniecznie odezwij się później i prześlij mi parę zdjęć.
- Jasne. Dzięki, że zadzwoniłaś. – pożegnałam się i
zwlokłam się z łóżka.
Poszłam do łazienki żeby wziąć prysznic dla orzeźwienia.
Spojrzałam przez okno i stwierdziłam, że dzisiaj nie
będzie tak upalnie jak wczoraj. Zbierały się chmury i trochę wiało.
Zdecydowałam włożyć długie jeansy i zwykłą, przewiewną bluzkę w kolorze
fioletu. Sesja treningowa zaczynała się dopiero o 10 więc miałam trochę czasu
na ogarnięcie jakiegoś dojazdu na tor, i znając moje szczęście, błądzenie po
mieście w między czasie.
Schodziłam po schodach z zamiarem udania się do bufetu
kiedy to usłyszałam znajomy głos.
- Tyle pieniędzy za jedną noc? – zapytał z oburzeniem
Mikołaj.
Jak zwykle, chciał zaoszczędzić na czym się da. Nie
słyszałam dalszej rozmowy chociaż mogłam sobie wyobrazić jak ona przebiegła.
Skupiłam się na tym by przejść obok niego w miarę niezauważalny sposób. Nie
byłam gotowa na konfrontację z nim. A
dzień zapowiadał się tak pięknie…
Niestety nawet przemknięcie cichaczem mi się nie udało i
to przez własną nieudolność. Potknęłam się o własne nogi i narobiłam takiego
hałasu, że ludzie znajdujący się niedaleko mnie spojrzeli na mnie z
politowaniem.
- O, cześć Blanka. – powiedział niby zaskoczony tym, że
mnie widzi.
- Cześć. – bąknęłam pod nosem kierując się w stronę
bufetu. Mikołaj jednak nie pozwolił mi tak łatwo odejść łapiąc mnie za
nadgarstek.
- Nie uważasz, że powinniśmy pogadać? – zapytał z
irytacją w głosie.
- Nie. – powiedziałam choć myślałam inaczej.
Powinniśmy pogadać. Jasne, że tak.
Choć teraz, w tym momencie, chciałam żeby poczuł jak to
jest kiedy ktoś bliski nie liczy się z twoim zdaniem, jak chamsko cię olewa.
Kiedy kompletnie nie obchodzą go twoje uczucia, ambicje i cele. Kiedy człowiek
na którego liczyłaś ma cię kompletnie w dupie i patrzy tylko na swoje dobro. On
zachowywał się tak przez cały czas a ja na to pozwalałam. Niech poczuje coś
choć raz, jeśli naprawdę mu na mnie zależy. Może zazdrość?
Tak, to chyba jeden ze sposobów.
Niech poczuje, że coś wymyka mu się z rąk. Gdy widzisz, że
dotyka to inną osobę myślisz, że ciebie nigdy nie dosięgnie. A jednak jest
inaczej.
Zbliżała się idealna szansa. I chyba jedyna jaką miałam w
tej chwili chcąc by Mikołaj poczuł, że nie jestem jego własnością. Nie jestem
rzeczą, którą pomiatał przez wiele lat. Może będę potem tego żałować, ale nie
dbam teraz o to.
Webber przystanął właśnie obok mnie, jakby nad czymś się
zastanawiając. Kątem oka spojrzałam na niego i podjęłam decyzję. Złapałam go
lekko za rękę a ten odwrócił się nie wiedząc o co chodzi. Mogłam przysiąc, że w
jego oczach dostrzegłam wielkie znaki zapytania.
- A teraz przepraszam Cię, ale idę na śniadanie. –
powiedziałam po angielsku tak, żeby Mark też mnie zrozumiał. Webber uniósł do
góry jedną brew a Mikołaj spojrzał na mnie spod byka.
- Co to ma znaczyć? – zapytał także po angielsku. Chyba
oczekiwał odpowiedzi od Marka, bo patrzył się na niego uparcie, nawet nie
mrugając.
Oparłam się ręką o ramię kierowcy i stanęłam na palcach aby powiedzieć mu coś na ucho. Przy moim wzroście nawet on był dla mnie dość
wysoki. Mikołaj widząc to robił się coraz bardziej czerwony na twarzy. Chyba
wyglądało to dość… intymnie?
- Pomóż mi. – powiedziałam szeptem a Mark niemal
natychmiast zaczął grać. Objął mnie ramieniem i powiedział:
- Jakiś problem? – niemal wybuchnęłam śmiechem słysząc
jak to wypowiada, ale się powstrzymałam.
Starałam się utrzymać poważną minę. Tym razem to Mikołaj podniósł brew
go góry. Po chwili milczenia znowu odezwał się Webber. – Jeśli nie, to pozwolisz,
że pójdziemy zjeść śniadanie. W spokoju. – ostatnie słowa mocniej zaakcentował.
Natychmiast zadziałało. Mikołaj był w takim szoku, że nie odezwał się słowem
tylko złapał za walizkę i energicznym krokiem poszedł szukać swojego pokoju. Ja
natomiast od razu odsunęłam się od Webbera wdzięczna za pomoc.
- Blanka. – powiedziałam podając rękę mojemu wybawcy.
Trochę głupio to zabrzmiało po tym co przed chwilą się działo.
- Mark. – powiedział i uścisnął moją dłoń. – To jak? Co z
tego będę miał, kochanie? – zapytał i zaczął się śmiać.
- Porządne śniadanie na mój koszt. – powiedziałam z
uśmiechem na twarzy i ruszyliśmy korytarzem w stronę bufetu.
Weszliśmy do środka i zajęliśmy stolik przy oknie.
Lubiłam patrzeć na ludzi przechodzących chodnikiem. Zastanawiać się gdzie idą,
jakie mają problemy, próbować zgadywać co czują patrząc na ich twarze.
Gdzieś w rogu siedzieli mechanicy Lotusa rozmawiając o
zbliżającej się sesji treningowej a dwa stoliki dalej zespół Ferrari a wśród
nich oczywiście Massa starający się rozbawić towarzystwo. Na kolanach siedział
mu syn, który uparcie dłubał łyżeczką w kubku po gorącej czekoladzie. Co
najmniej połowę z tego miał na twarzy i koszulce, ale najwidoczniej nie
przeszkadzało mu to. Zauważyłam, że nie ma z nimi Alonso. Coś się stało czy
kolejne fochy wybitnego kierowcy?
Zamówiliśmy po croissancie (jakkolwiek to się odmienia) i
kawie, dzięki czemu mój budżet nie był zbyt obciążony. Cały czas patrzyłam
przez okno zastanawiając się jakbym się poczuła gdyby ktoś potraktował mnie tak
jak ja Mikołaja. Mimo tego byłam dość zadowolona, że zdobyłam się na taki ruch.
Z zamyślenia wyrwał mnie Webber.
- Powiesz mi co jest nie tak z tym gościem? – kiwnął głową
w bok sugerując, że mówi o Mikołaju. Jakoś nie byłam w nastroju opowiadać mu
wszystkiego, tym bardziej, że znam go zaledwie kilka minut. Mój humor pogorszył
się jeszcze bardziej kiedy zaczęło padać.
- Muszę? – spytałam z grymasem na twarzy.
- Nie, nie musisz. Ale chciałbym wiedzieć coś na ten
temat skoro jesteśmy parą. – nadal żartował, ale mnie już nie bardzo to bawiło.
- Może następnym razem. – powiedziałam i zdobyłam się na
słaby uśmiech.
Nie to żeby mnie męczyły wyrzuty sumienia, czy coś w tym stylu.
Nie, nie. Po prostu dobry humor nagle prysł wraz z popsuciem się pogody. A może
nie tylko dlatego? Cały czas zastanawiałam się po co Mikołaj przyjechał tutaj.
Oboje dobrze wiedzieliśmy, że nie przepada za Formułą. Nagła odmiana raczej nie
wchodziła w grę. Pierwsza myśl jaka wpadła mi do głowy to to, że nadal chce
mnie kontrolować. Śledzić każdy mój ruch, oceniać go, mówić co mu nie pasuje. A
bądźmy szczerzy – zawsze wszystko mu nie pasowało.
Tak, to musiał być
ten powód.
- Przepraszam, że cię wykorzystałam.
- Ale za to mam śniadanie za darmoszke. – uśmiechnął się
biorąc łyk kawy. Widział chyba, że coś nie gra. – Hej, rozchmurz się. To, że
ten facet tu przyjechał nie oznacza, że resztę dnia musisz spędzić w takim
humorze.
- To trochę bardziej skomplikowane niż myślisz. – I niż
ja myślę, dopowiedziałam sobie w myślach. Kawa była już dość letnia, więc
wypiłam ją za jednym razem. Dawka energii na pewno mi się przyda. Czeka mnie
pracowity dzień. – Dzięki jeszcze raz. – wstałam chcąc uniknąć dalszych pytań. –
Do zobaczenia na torze. – rzuciłam na odchodne i zdobyłam się na uśmiech, który
chyba nie wyszedł dość przekonująco.
- Pa. – powiedział i zaczął dokańczać swoje śniadanie.
Szłam przez bufet cały czas myśląc o Mikołaju. Skarciłam
się za to i dodałam otuchy tym, że jestem w pracy i spełniam swoje marzenia.
Poczułam się trochę lepiej. Przy wyjściu zauważyłam, że Felipe macha do mnie
energicznie, więc odmachałam mu i poszłam dowiedzieć się czegoś na temat
dojazdu na tor.
_______________________
Rozdział o wiele dłuższy niż zwykle, ale mam nadzieję, że nie przeszkadza to Wam. :-)
Już niedługo pierwszy wyścig po wakacyjnej przerwie. Już nie mogę się doczekać!
Czytajcie, oceniajcie, mówcie co nie tak, bo czuję, że bardzo dużo. I może na poprawę humoru po przeczytanym rozdziale (mówię o błędach, ogólnym stylu i fabule) wstawiam wam mój rysunek wielkiego bohatera dzisiejszego "odcinka".
Panie i panowie... przedstawiam Marka Webbera:
_______________________
Rozdział o wiele dłuższy niż zwykle, ale mam nadzieję, że nie przeszkadza to Wam. :-)
Już niedługo pierwszy wyścig po wakacyjnej przerwie. Już nie mogę się doczekać!
Czytajcie, oceniajcie, mówcie co nie tak, bo czuję, że bardzo dużo. I może na poprawę humoru po przeczytanym rozdziale (mówię o błędach, ogólnym stylu i fabule) wstawiam wam mój rysunek wielkiego bohatera dzisiejszego "odcinka".
Panie i panowie... przedstawiam Marka Webbera:
Pozdrawiam! :-)

Świetny rozdział! Proszę o więcej ;)
OdpowiedzUsuńNajpierw Massa, teraz Webber... Blanka to ma powodzenie. Mmm, zazdroszczę jej! Szczególnie tego śniadania z Webberem *.* Mam nadzieję, że ten gnojek Mikołaj jej nie przeszkodzi w pracy i w innych, hmm... Jeszcze przyjemniejszych sprawach! :-) Czekam z niecierpliwością na następny :3 :*
OdpowiedzUsuńMAHK WEBBAH <3 Awwww, on jest cudny! CUDNY. (Będę za nim bardzo tęsknić jak odejdzie...) No to chyba już wiem, kogo będzie dotyczyć love story (no bo będzie love story, nie?) :D Massę wyeliminowałam już na początku, bo ma rodzinkę, ale Mark...... AAAAAAAAAAAA! Znów zazdroszczę Blance.
OdpowiedzUsuńMikołaj to buc, niech sobie znajdzie jakąś rozrywkę, a nie psuje Blance coś o czym tyle marzyła. A Blanka nie powinna w ogóle się nim przejmować, F1 wazniejsza niż cokolwiek innego :D Czekam na następny rozdział