wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozdział VI: Liczę na zaległy obiad.



Na miejsce dotarłam godzinę przed rozpoczęciem treningu, tym razem nie na pieszo, lecz… rowerem. Pani z recepcji była na tyle miła i pozwoliła używać mi go do końca mojego pobytu w Australii. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie ten cholerny deszcz. A ja oczywiście nie pomyślałam żeby zabrać ze sobą coś takiego jak płaszcz przeciwdeszczowy. Byłam CAŁA mokra, koszulka lepiła mi się do ciała a spodnie ważyły dwa razy więcej niż normalnie. Któryś z kibiców nawet zaproponował mi parasol, ale stwierdziłam, że tylko by mi przeszkadzał przy robieniu zdjęć. Ubrania wyschną, gorzej z włosami. Już zaczynały mi się kręcić. Wyglądałam jak przejechany ziemniak. Albo gorzej. Szybko przemknęłam obok boksów tak aby nikt mnie nie widział i zajęłam miejsce przy jednym z zakrętów toru. Wyciągnęłam sprzęt z plecaka i zabrałam się do pracy.
Pierwsza sesja treningowa zleciała mi w bardzo szybkim tempie. Przy dobrej zabawie czas powinien się zatrzymać, a nie pędzić jeszcze szybciej. Byłam zadowolona ze zdjęć jakie zrobiłam. Kwalifikacje miały zacząć się za parę godzin, ale stwierdziłam, że nie ma sensu wracać do hotelu. Pewnie gdzieś niedaleko jest miejsce, w którym można coś zjeść… i ewentualnie wstąpić do toalety żeby zrobić jako taki porządek z moimi kłakami. Przechodząc obok boksów wpadłam na pomysł, że mogę zrobić kilka ujęć bolidów z bliska i przyjrzeć się pracy mechaników. Stałam właśnie przy stajni Ferrari kiedy przyszedł Alonso. Było widać, że Hiszpan jest mocno zdenerwowany. Zaczął wymachiwać rękoma i starał się pouczać mechaników. Ot, cały Fernando. Korzystając z okazji zrobiłam mu kilka zdjęć. Chyba nie był tym zadowolony, bo właśnie zmierzał w moim kierunku mówiąc coś pod nosem. Udałam, że go nie widzę i przeszłam do bolidu Massy  gdzie, rzecz jasna, kręciło się mniej ludzi. Chyba nikt nie chciał podpaść temu „lepszemu” a  przynajmniej temu „groźniejszemu” w teamie. Alonso jednak nie odpuszczał i stojąc obok mnie powiedział głośno:
- A ciebie nie nauczono, żeby nie wtykać nosa w nie swoje sprawy?
Trochę się zdziwiłam słysząc co powiedział.
- W nieswoje sprawy? Każdy z akredytacją ma prawo tutaj być, a to, że wykłócasz się ze wszystkimi tak, że słychać cię na całym torze i poza nim, to już inna sprawa. Może czas nauczyć panować się nad swoimi emocjami. – powiedziałam lekko zdenerwowana.
- Nikt mi nie będzie mówił co mam robić a już na pewno nie taki dziennikarz jak ty. – wystawił palec wskazujący tak jakby chciał mnie nim szturchnąć, ale w porę się opanował.
- Nie dziennikarz, ale fotograf. – uśmiechnęłam się. – A poza tym ktoś w końcu powinien ci powiedzieć to co ja przed chwilą, ale najwidoczniej nikt nie chce się narażać. Tak więc przykro mi, że musiałam to był właśnie ja. A teraz żegnam – udałam, że salutuję i zostawiłam Hiszpana samemu sobie.
Chyba do końca nie dotarło do niego, że ktoś nie liczy się z jego zdaniem a tym bardziej ocenia go. Kiedy odchodziłam usłyszałam tylko śmiech Massy, który nieudolnie próbował powstrzymać, ale nie bardzo mu się to udawało. Fernando spojrzał na niego wzrokiem, który najwyraźniej miał się wydawać groźny, ale sprawił tylko tyle, że Felipe buchnął śmiechem. A ja zadowolona z siebie (nie zważając na moją fryzurę)  ruszyłam w poszukiwaniu miejsca gdzie mogłabym nakarmić mój brzuch, który bardzo głośno domagał się pożywienia. Następnym razem trzeba będzie zaopatrzyć się w kanapki.
***
Kiedy tylko weszłam do opustoszałej knajpki od razu skierowałam się do łazienki. Szybko uczesałam moje włosy i wróciłam, aby zająć stolik. Pomieszczenie było dość ciemne, ale przytulne. Urządzone w starym stylu. Bar znajdował się od razu naprzeciwko wejścia. Stolików nie było dużo, a klienci nie zaszczycali lokalu swoją obecnością. Niedaleko mnie mogłam zauważyć samotnie jedzącego mężczyznę, całkowicie pochłoniętego myślami. Oprócz niego było pusto i to mi się podobało. Cisza i spokój dla moich uszu po sesji treningowej to coś czego potrzebowałam.
Nie zdążyłam dobrze usiąść na krzesełku gdy do środka wszedł zdyszany Massa. Rzucił szybkie „dzień dobry” , rozejrzał się i podszedł do stolika przy którym siedziałam.
- Musiałaś tak szybko jechać? – spytał robiąc przerwę na oddech po każdym słowie i klapnął na krzesełko.
Uniosłam brew do góry lekko zdziwiona.
- Przeszkadzało ci to? – zapytałam z uśmiechem.
- Pomijając  to, że ty jechałaś rowerem a ja biegłem wydzierając Twoje imię…- zaczął wyliczać na palcach. – tłum fanów, ciągnięcie mnie za koszulkę przez dzieciaki, dostanie łokciem w głowę od jakiegoś palanta i efektowną glebę – tu wskazał na swoje zdarte kolano – to nie, nie przeszkadzało mi to.
- Czyli rozumiem, że masz do mnie jakąś ważną sprawę, skoro wytrzymałeś te wszystkie niedogodności losu i się tu zjawiłeś. – w tej samej chwili podeszła kelnerka podając nam menu.
- Żebyś wiedziała, że bardzo ważny. – poruszył brwiami. – Liczę na zaległy obiad. – uśmiechnął się i zaczął przeglądać kartę.
- Wiedziałam, że nie przychodzisz bezinteresownie. – westchnęłam teatralnie i zaśmiałam się.  Także zaczęłam studiować menu. – Proszę tylko o jedno… zadbaj o mój skromny budżet.
Zamówiłam ziemniaki z pieczenią a Felipe frytki z kurczakiem. Nie ma to jak dieta sportowca, pomyślałam ironicznie. Po niedługim czasie oczekiwania zabraliśmy się do jedzenia.
- Widziałem, że pierwsze spotkanie z Alonso zaliczone. Chyba nie bardzo udane. – zaczął.
- Mergulhão* – mruknęłam pod nosem po portugalsku bardziej do siebie, lecz Felipe i tak usłyszał.
- Znasz portugalski? – zapytał zdziwiony.
- Trochę. – uśmiechnęłam się.
- Kiedyś cię sprawdzimy. – także się uśmiechnął. – A co do poprzedniego tematu... sam bym tego lepiej nie ujął. Nie wiem czy pozbiera  się po czymś takim. – udawał, że się zastanwia stukając palcem w brodę. Odłożyłam sztućce lekko przestraszona .
- Nawet mi nie mów, że nikt jeszcze mu tego nie powiedział.
- Hmm... nie. – zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż odpowiedź.
- To się chyba wkopałam.  – powiedziałam i dokończyłam moje danie.
- Przesadzasz. Może być  nawet ciekawie. – oznajmił ucieszony.
Mnie nie było do śmiechu zaczynać wojnę z Alonso, bo bez wątpienia Fernando nie jest typem, który łatwo odpuszcza. Jestem tu drugi dzień a juz tyle rzeczy się wydarzyło. Aż strach pomyśleć co będzie później.
- Na pewno nie dla mnie. – bąknęłam.
- Ale dla mnie tak. W końcu znajdzie inny obiekt potępienia albo będzie miał o jeden więcej.
- Nie wiem jak ty z nim wytrzymujesz. – powiedziałam zabierając mu frytkę z talerza.
- To moje frytki – oznajmił z udawanym oburzeniem ignorując moją wypowiedź.
- Dobrze, już dobrze. – uniosłam ręce do góry w obronnym geście po czym szybko ukradłam mu jeszcze pare sztuk. Tym razem dostało mi się po łapach. Zrobiłam smutną minę i spojrzałam na zegarek.
- Pośpiesz się jeśli nie chcesz wracać na nogach. – po moich słowach Massa wepchnął sobie pozostałe frytki do buzi i z pełnymi ustami oznajmił:
- Jestem gotowy. –  rozłożył ręce w stylu “ta-dam” i wstał. Zaczęłam się śmiać.
- Tylko nie wyżygaj tego co zjadłeś na mnie jak będziesz jechał na bagażniku. – powiedziałam wesoło, chociaż gdyby tak się stało nie byłoby mi do śmiechu. A z Massą wszystko jest możliwe.
- Ale jak to ja na bagażniku? – zapytał zdziwiony.
- Normalnie. – wzruszyłam ramionami. – Chodź, nie gadaj.
Wyszliśmy z knajpy i odpięłam mój (tylko teoretycznie) czarny rower od stojaka. Felipe z ociąganiem wsiadł na bagażnik i ruszyliśmy w stronę toru. Musiało to zabawnie wyglądać skoro wszyscy odwracali za nami głowy. Ja modliłam się o to, żeby Massa dojechał z całą zawartością brzucha na tor.

*Mergulhão – można to tłumaczyć jako gbur lub coś w tym rodzaju.
____________________________________
Kolejny rozdział za mną. Z góry przepraszam za wszystkie błędy. Chciałam go dodać jeszcze przed rozpoczęciem szkoły a długo nie mogłam się do niego zebrać.
Oglądaliście ostatni wyścig w Belgii, prawda? To muszę Wam się wyżalić, że po raz kolejny mocno zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób Ferrari traktuje Massę. Porównując go z Alonso to wypada to słabo albo tylko ja mam takie wrażenie przez to jaką sympatią go darzę. Na treningach i na wyścigu oczywiście problemy z bolidem a przecież teraz jego wyniki są ważne. Ważniejsze niż wcześniej, bo to od nich zależy czy Felipe zostanie w Ferrari i w ogóle w F1. WTF?
No to chyba tyle co chciałam napisać.
PS. Cały czas mam polew z włosów Vettela. Nie będę pisać jak wygląda. :)))))))))))))
PS 2. Happy B-day, Webber! <333 

5 komentarzy:

  1. Massa na stówę zostanie w Ferrari! a już na pewno w F1! Donciu łory!
    Alonso to ten zły, widzę :D Bardzo dobrze! (Koń) Chociaż na aż takiego gbura nie wygląda. Chociaż kto wie. Tak czy siak - zjadłabym frytki. Od Massy <3 Od Massy masę frytek, hehe. Ja chcę więcej Webbera!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział! Podoba mi się gburowaty zły Fernando :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dobrze czytać coś świeżego na temat F1! I to na dodatek coś, co nie jest o mistrzach świata! W końcu!

    Oczywiście wrzucam do linek i zabieram się za czytanie. Jak skończę to dam znać.
    aszowe.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jako fanka Alonso nie byłam zbyt zadowolona ;) Ale ogółem nieźle się uśmiałam, bardzo fajne

    OdpowiedzUsuń
  5. Już dawno czytałam, jednak dziś mam dopiero czas na jakiś sensowny komentarz... Ostatnio brakowało mi na wszystko czasu, za co z góry przepraszam. Fajny rozdział - niezbyt krótki, niezbyt długi. Mocno się uśmiałam ;))
    Co do włosów Vettela - mam wielkiego focha na niego za to COŚ na głowie, wszyscy się śmieją, że wziął przykład ze mnie i też zmienił kolor na blond -.-'
    Życzę udanego roku szkolnego i weny!
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń