środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział IV: Ty idiotko, ogarnij się.



Nie mogę przyznać się redakcji, że zgubiłam akredytację. Wyrzuciliby mnie za zbity pysk, jeśli nie gorzej. Wiedziałam, że nie ma sensu wracać się po zgubę, bo na pewno jej już tam nie ma. To było niemożliwe zważywszy na fakt ile ludzi kręci się tam popołudniu. Pozostało mi czekać. Na szczęście na akredytacji był mój numer telefonu i zdjęcie. Może ktoś rozpozna mnie gdzieś… kiedyś… Choć z moim szczęściem nic takiego się nie stanie.
Zdjęłam plecak i siadłam pod najbliższym drzewem, w cieniu.  Wyciągnęłam telefon w nadziei, że ktoś dzwonił.
Masz jedno nieodebrane połączenie.
Serce zabiło mi szybciej. Pośpiesznie kliknęłam w komunikat.
Mikołaj Wiśniewski.
- Niech cię szlag – powiedziałam rzucając telefon na ziemię.
Wyjęłam słuchawki i założyłam je sobie na uszy. Puściłam mój ulubiony kawałek i aby się zrelaksować  zaczęłam szkicować widok, który miałam przed sobą. Bez skutku. Cały czas nerwowo spoglądałam na telefon, który jak na złość milczał. Zawsze kiedy mam szansę spełnić swoje marzenia, coś musi pójść nie tak. I tym razem nie było inaczej.
Zamknęłam na chwilę oczy by móc skupić się na ewentualnych rozwiązaniach. Jeżeli w ogóle takie były. 
Chyba pójdę się najebać.
Trening już dawno się zaczął a ja nie zrobię ani jednego zdjęcia. I to chyba przez najbliższe dni.
Siedziałam tak ponad godzinę. W końcu stwierdziłam, że to bez sensu. Lepiej wrócić do hotelu i czekać na cud.
Drogę postanowiłam ponownie przejść na pieszo nie tylko dlatego, że mocno chciałam zobaczyć moją akredytację gdzieś na chodniku, ale również dlatego, że nie miałam bladego pojęcia jak inaczej tam dotrzeć. Podróż minęło mi dość szybko i oczywiście utwierdziła mnie w przekonaniu, że tak łatwo jej nie znajdę. Gdy tylko dotarłam do hotelu padłam zmęczona na łóżko i zasnęłam. Nie przeszkadzało mi to, że był środek dnia. Spałam twardo przez parę godzin i nie słyszałam, że ktoś usilnie próbuję dobić się do mnie na komórkę. Masz 30 nieodebranych połączeń, przeczytałam i nie sprawdzając ruszyłam do łazienki. Byłam przekonana, że wszystkie są od Mikołaja. Może nieliczne od Vivione.
Boże. Wyglądam jak siedem nieszczęść.
Włosy potargane i odstające we wszystkie możliwe strony, ubranie pomięte i brudne po upadku na chodnik. W tym samym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. W panice szybko przeczesałam włosy szczotką i ruszyłam do drzwi. Nie było czasu na przebieranie się. Modliłam się w duchu żeby była to tylko obsługa hotelowa, czy coś w tym rodzaju. Ale oczywiście nie. W moim przypadku musiało być to najgorsze z możliwych.
Przede mną stał uśmiechnięty od ucha do ucha Massa.
Tego mi jeszcze brakowało. Zlustrował mnie wzrokiem przez co jego uśmiech się powiększył.
- Widzę, że urządziłaś sobie małą drzemkę. – powiedział wesoło.
- Jak widać. – demonstracyjnie przesunęłam ręką w powietrzu.
- Przepraszam, że przeszkodziłem, ale nie miałem innego wyjścia. Dodzwonić się do ciebie graniczy z cudem.
- Och – palnęłam głupio.
- Musiałem wykorzystać mój urok osobisty w recepcji, żeby dowiedzieć się, w którym pokoju mogę cię zastać. – przeczesał palcami włosy i mrugnął do mnie okiem.
- Tym bardziej, że w recepcji stoi mężczyzna. – zaśmiałam się.
Felipe wydał z siebie jęk zawodu i powiedział:
- Nigdy nie dasz mi się pochwalić umiejętnościami. – mruknął. - Ale nie po to tu przyszedłem. Na chodniku znalazłem coś co chyba ci się przyda.
Rzuciłam okiem na to co trzyma w dłoni i miałam ochotę rzucić mu się na szyję. Trzęsącymi rękoma  wzięłam od niego bezcenną dla mnie karteczkę.
Ty idiotko, ogarnij się.
- Dziękuję bardzo! – powiedziałam głośniej niż powinnam. – Szefowa chyba by mnie zabiła gdyby się dowiedziała. Uratowałeś mi życie.
- Tym razem mi się udało. Uff! – zaśmiał się, a ja razem z nim. – Jeszcze raz przepraszam, że przeszkodziłem. Powodzenia jutro. – powiedział zadowolony ruszając korytarzem do swojego pokoju.
- Dzięki. – krzyknęłam jeszcze za nim i zamknęłam drzwi.
Spojrzałam na zegarek i zauważyłam, że już dawno po drugiej sesji treningowej. Jutro muszę wszystko nadrobić. W tej samej chwili odezwał się mój brzuch dając mi do zrozumienia, że powinnam coś zjeść. W głowie myślałam nad tym co zamówię w bufecie.  Chcąc schować akredytację do plecaka zauważyłam przyczepioną do niej karteczkę. Zmarszczyłam brwi i odkleiłam ją zaciekawiona. Znalazłam na niej numer telefonu z dopiskiem „Liczę na dobry obiad w ramach podziękowań”.
- Co za bezczelny typek – powiedziałam ze śmiechem i pokiwałam głową.
________________________
Rozdział nie wyszedł najlepiej, ale jest. Mam nadzieję, że chociaż trochę Wam się spodoba, jeżeli ktokolwiek tutaj zagląda. ;>
Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. Nie wierzę! :o Massa pofatygował się i osobiście oddał akredytację, ależ z niego kochany facet! :) A z Blanki musi być naprawdę niezła kobitka, że za wszelką cenę chciał jej pomóc :) Iskrzy, iskrzy niesamowicie! Czekam na następny rozdział, w którym to - mam nadzieję - dojdzie do tego obiadu :3 Ty wiesz, że ja lubię dobre obiadki... Tym bardziej, jeśli przeradzają się w randki. Oby tak było, bo te dwie urocze gapy pasują do siebie niesamowicie! :D

    OdpowiedzUsuń